IndeksIndeks  CalendarCalendar  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | 
 

 Centrum

Go down 
AutorWiadomość
Admin
Admin
avatar

Liczba postów : 154
Join date : 26/11/2017

PisanieTemat: Centrum   Nie Mar 18, 2018 11:19 am

Nawet peryferia muszą mieć swoje małe centrum. W przeciwieństwie do miasta nie ma tu dużego ruchu, czy raczej: nie jest on aż tak przytłaczający. Krząta się tu wielu ludzi, ciągle się coś dzieje, jednak da się w tym wszystkim jakoś połapać i zorientować, co gdzie leży. Tu sklepik, tam stragan, gdzie indziej warsztaty tkactwa, a na końcu ulicy fontanna, którą poprzedza kamienny łuk oraz schody. Na każdym kroku można odetchnąć świeżym, niezanieczyszczonym powietrzem, pełnym zapachu dobrego jedzenia i kwiatów. Kto by nie chciał tutaj mieszkać?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://over-undertale.forumotion.com
Johnny

avatar

Liczba postów : 96
Zamieszkanie : W pobliżu centrum miasta
Praca/Zawód : Pracownik w kawiarni Garten
Join date : 04/04/2018

PisanieTemat: Re: Centrum   Wto Lip 10, 2018 6:02 pm

10.07.2119r., późne popołudnie

Tak to z najlepszą kawą w całym mieście Ebott jest, że stosunkowo dosyć często się kończy. W takim wypadku oczywiście należy jak najszybciej uzupełnić jej braki. Aby tego dokonać, właściciel kawiarni Garten zawsze wysyła jednego ze swoich pracowników z wyliczoną kwotą do osoby urzędującej w okolicach centrum miasteczka na peryferiach, aby za jego pośrednictwem zakupić cholera wie skąd eksportowane ziarna kawy. Jako że co miesiąc się zmieniali, tym razem nadeszła kolej na Johnny'ego.
Tego dnia słońce nieźle dawało popalić, a gorąc był wręcz nieznośny, więc dziewiętnastolatek stwierdził, że nie ma zamiaru przebyć pieszo w upale ów dosyć sporego dystansu i żeby tego uniknąć, uznał, że wreszcie pierwszy raz od dawien dawna skorzysta ze swojego roweru, który będąc w jego posiadaniu, praktycznie przez cały czas stał i się kurzył w piwnicy. Traf chciał, że nie miał tego dnia po swojej porannej zmianie nic do roboty, a co za tym idzie - nie musiał się jakoś szczególnie ze wszystkim spieszyć. Ciężko zaprzeczyć temu, że było mu to bardzo na rękę. Rzadko tam bywał i miał nadzieję się trochę bardziej rozejrzeć.
Kiedy wreszcie po około piętnastominutowej jeździe udało mu się wreszcie wydostać z betonowej dżungli i zażyć prawdziwego świeżego powietrza, które wręcz uwielbiał, był iście wniebowzięty. Jeśli nie wspominać o dosyć nieźle doskwierającym żarze nawet pomimo wcześniejszego przywdziania krótkich spodenek i T-shirtu, było całkiem przyzwoicie, a nawet przyjemnie.
Całość drogi od domu do celu zajęła młodemu dorosłemu jakieś niecałe czterdzieści minut. Gdy trafił do centrum, nie mógł przestać się rozglądać po różnych straganach, sklepach i innych dla nietutejszych wartych przynajmniej szybkiego odwiedzenia miejscach. Zapewne musiało to dla mieszkańców wyglądać komicznie, jak szary mieszczuch z zadziwiającym zapałem przeprowadza dokładną "inspekcję" ich miasteczka ku zaspokojeniu własnej ludzkiej ciekawości. Nie da się ukryć, że gdyby tylko miał na to wystarczające fundusze, to z chęcią by się tutaj przeprowadził. Niestety ciężko oczekiwać niesamowitych zarobków od pracownika kawiarni, czyż nie?
Niemniej jednak przyjechał tu po coś więcej niż samo zwiedzanie. Sama transakcja w sklepie, w którym znajdowało się dosłownie wszystko przebiegła nadwyraz pomyślnie. Johnny chciał nawet z ciekawości zadać ów mężczyźnie parę pytań, które miały głównie dotyczyć tego, skąd bierze swoje towary, lecz na szczęście przypomniał sobie słowa swojego szefa, który twierdził, że lepiej nawet nie poruszać tego tematu. Koniec końców, po zapłaceniu, chłopak zapakował do swojego plecaka ledwie mieszczący się w nim wór wypełniony nieznanego mu pochodzenia ziarnami kawy i wyszedł.
Po opuszczeniu budynku, młody Lingard ruszył z powrotem dalej zwiedzać te jakże urokliwe miasteczko znajdujące się daleko od zamieszkiwanego przez niego Ebott. Po krótkim marszu z rowerem u boku i napęczniałym od zawartości plecakiem zarzuconym na ramię, stwierdził, że zrobi sobie chwilę postoju na znajdującej się wolnej ławce przy fontannie, którą już wcześniej udało mu się dostrzec. Miała ona w sobie coś, co sprawiało, że mógł patrzeć na nią nawet godzinami. Siedział tak przy niej i ze smutkiem się w nią wpatrując, rozmyślał nad tym, że niedługo będzie musiał już wracać.

//Sansy boi

_________________

Prowadzone sesje:
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Jacuś

avatar

Liczba postów : 8
Zamieszkanie : Slumsy
Praca/Zawód : Sprzedawca-czego-popadnie
Ekwipunek : Telefon komórkowy, portfel, poduszka pierdziuszka, brzęczyk elektryczny, okulary z wielkim sztucznym nosem i wąsami, różowe papucie(!)
Join date : 07/07/2018

PisanieTemat: Re: Centrum   Czw Lip 12, 2018 7:19 pm

Gdy Papyrus pracował na pełną zmianę, Sans do woli mógł zajmować się sobą, swoją pracą lub po prostu robieniem niczego - czyli tego, co Sansy lubią najbardziej! Gdy jego brat przebywał w barze Grillbsa, u którego dość niespodziewanie zaczął pracować od czasu zamieszkania na Powierzchni, nie było się czego obawiać, a wszelkie paranoje mogły przynajmniej na chwilę schować się w dalsze zakamarki czaszki i tym samym pozwolić nieco odetchnąć. I to też robił aż do chwili, w której nie pozwolił sobie na kolejną z rzędu "krótką drzemkę". W każdym bądź razie ta była akurat krótka. Wyrwał go z niej bowiem głośny trzask, a następnie kobiecy wrzask, który był niczym więcej jak koleją kłótnią ludzi z sąsiedztwa. "Patologiczna rodzina", jak to lubią określać tutejsi. Dla Sansa jednak, który w pierwszej chwili nie otrząsnął się jeszcze do końca z sennego amoku, było to niczym przyłożenie kijem przez łeb. Przyłożenie, które jak raz podsunęło mu przed otwarte szeroko oczodoły wizję ciśniętego o ścianę ciała dziecka, które wcześniej zdążyło faktycznie jedynie raz krzyknąć w odzewie zaskoczenia. Posokę rozbryzło dookoła, tworząc tym najbardziej makabryczny obraz jaki miał okazję oglądać. W mieszkaniu szkieletów zawibrowało lekko, kiedy niewysoki szkielet teleportował się w panicznym zrywie.
Gdy ponownie poczuł ruch powietrza na twarzy, zamrugał szybko i kilkakrotnie przetarł oczodoły przedramieniem. Nie był do końca pewny co się stało, ale niezbyt go to martwiło. to nie pierwszy raz. Najwyraźniej znowu miał jeden z TYCH snów, huh? Nieźle go wywaliło, skoro znalazł się w jakimś pogranicznym miasteczku. Gdyby nie wyrzuciło go zresztą aż na czyjś dach, z którego swoją drogą miał całkiem niezłe widoki na oddalone odpowiednio wieżowce, pewnie dużo trudniej byłoby mu od razu określić miejsce swojego położenia.
Pozwolił sobie chwilę posiedzieć w bezruchu, poobserwować okolice i uspokoić pulsującą jeszcze jakiś czas duszę, zanim wreszcie zsunął się po dachówkach, zeskoczył na czyjś balkon, a z niego ponownie przeniósł swoje grube kości na ziemię.
Nie od razu spostrzegł nieprzychylne, przestraszone lub zgorszone wręcz spojrzenia nielicznie przechadzających się mieszkańców, ponieważ sam spostrzegł coś, co od razu przykuło jego uwagę - lokalny sklep spożywczy. Czy aby nie obiecał Papsowi, że zrobi zakupy? Prawdopodobnie... jakieś dwa dni temu? Ups.
Uśmiechając się do samego siebie, bez cienia niepewności ruszył w tamtą stronę. Podobno nigdzie nie szło o zakup lepszych jakościowo i smakowo produktów, jak na pograniczach. Że niby nieprzetworzone, naturalne, takie prosto z krzaczka. Papyrus na pewno ucieszyłby się, gdyby Sans kupił mu trochę świeżych pomidorów. O! I wyglądało na to, że ceny też nie były najgorsze, jak zauważył po karteczkach poprzyklejanych do różnorakich produktów z wystawki. Jak się jednak szybko okazało, nie dane mu było choćby odezwać się na powitanie. Za to jego powitał kolejny, kobiecy okrzyk.
Rozkojarzony, zaczął się powoli wycofywać poza sklepik, lądując tym samym na niewielkim placyku. Starał się nie spuszczać wzroku z postawnego, opalonego mężczyzny, będącego zapewne bratem bądź mężem sklepikarki. Facet szedł na niego, napinając mięśnie niczym sam Aaron, jednakże jego mina nie sugerowała, że robi to hobbystycznie czy też z chęci przyciągnięcia uwagi przypadkowego potwora jakim był w tej sytuacji Sans.
- Woah! Spokojnie, kolego. Nie chciałem nikogo przestraszyć. - uniósł nawet nieco obie dłonie, chcąc pokazać, że jest całkowicie bezbronny.
Ksenofobia była bardzo popularnym zjawiskiem w świecie ludzi, lecz Sans nie wiedział. bo i nie miał dotąd okazji się przekonać, że jeszcze szerzej rozwinięta niż w wielki miastach była właśnie na pograniczach oraz w odległych wsiach i osadach, gdzie nadal kultywowano zbyt wiele zabobonów. Oba jego łuki brwiowe uniosły się zatem w niekłamanym zaskoczeniu, gdy usłyszał, że nie ma tu dzieci, które mógłby... zjeść?
- Chill, przyjacielu.- spróbował załagodzić sprawę po swojemu, zanim coś wymknie się spod kontroli. - Nie mógłbym zjeść żadnego człowieka. Poza tym słyszałem, że jesteście strasznie... KOŚCIŚCI~ - mrugnął do tamtego porozumiewawczo, licząc, jeśli nawet nie na odrobinę śmiechu, to przynajmniej oszołomienie podaną na tacy aluzją. Mocno się przeliczył. Twarz człowieka stała się bowiem najpierw blada, a następnie jeszcze bardziej czerwona niż do tej pory. To było... nieoczekiwane.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Johnny

avatar

Liczba postów : 96
Zamieszkanie : W pobliżu centrum miasta
Praca/Zawód : Pracownik w kawiarni Garten
Join date : 04/04/2018

PisanieTemat: Re: Centrum   Wto Lip 17, 2018 9:07 am

Mieniąca się od promieni letniego słońca woda, dokładnie jak ów całe miejsce, do którego Johnny tego dnia zawitał, wydawała się nawet na swój sposób magiczna. Wszystko tutaj w pozytywnym sensie było całkowicie oderwane od rzeczywistości i zarazem typowych miastowych problemów, które potrafiły być po takim czasie koszmarnie upierdliwe. Ba! Możliwe było tu nawet ujrzenie przyjaźnie rozmawiających ze sobą potworów i ludzi, co nie ukrywajmy, potrafiło być wręcz niesłychanie rzadkie. Zapewne nie wszyscy mieszkańcy mieli pozytywne podejście do rasy, która niegdyś zamieszkiwała podziemia dobrze nam znanej Góry Ebott, lecz można było się domyślać, że większość miała do nich przynajmniej neutralne nastawienie. Już sam widok beztrosko bawiącego się ludzkiego dziecka z potworzym, który dziewiętnastolatek napotkał jeszcze przed zakupem kawy, potrafił być cholernie pocieszający, szczególnie zważywszy na czasy, w których przyszło mu żyć i obecną, nieustannie podsycaną przez rasistów sytuację.
W sumie to dosyć zabawne... Większość jego rówieśników non stop myślało o imprezowaniu lub przyszłości; założeniu rodziny, spłaceniu kredytu, kupieniu szybkiego samochodu i o innych typowo dorosłych rzeczach, kiedy tymczasem on zastanawiał się nad tym, gdzie chciałby spędzić resztę swoich dni, zanim nadciągnie znikąd reset, który wymaże z egzystencji i zastąpi go kolejnym "Johnnym", czy innym Williamem-Brajanem. Niemniej jednak cokolwiek, co tutaj napotkał, tylko utwierdzało go w tym, że chciałby tu spędzić resztę swoich dni. Nie ważne ile mu czasu pozostało do kolejnego wymazania przez Frisk wszystkiego, co działo się przez ostatnie lata... A przynajmniej właśnie w to chciał wierzyć. Wierzyć w to, że jest gotowy na swoje własne zejście ze sceny. Wierzyć w to, że tak właśnie musi być i na sto procent będzie. Pewnych rzeczy po prostu nie da się zmienić, prawda?
Dosyć głośne, jak na tę okolicę zamieszanie i krzyczenie o pożeraniu przez kogoś dzieci wyrwało młodego dorosłego z głębokiej i dosyć niepokojącej zadumy. Jak to człowiek, jego naturalnym odruchem było zerknięcie za plecy przez ramię w kierunku, z którego dochodziły odgłosy niezadowolenia pewnego jegomościa. Momentalnie pobladł, gdy ujrzał znajomego, niskiego szkieleta, który był najprawdopodobniej atakowany przez dosyć wysokiego i umięśnionego mężczyznę, co sprawiło, że niemal od razu poderwał się z ławki, na której dotąd siedział obok fontanny. Dlaczego znajomego? Po pierwsze - znał tylko dwójkę potworów o tak kościstym wyglądzie i po drugie - nikt inny, jak Sans we własnej osobie nie nosiłby na sobie tak dziwnego, a zarazem charakterystycznego stroju.
W głowie Johnny'ego zaczęło roić się od wręcz mnogich ilości rozwiązań, które pozwoliłyby mu wybrnąć z tej niezbyt przyjemnej sytuacji, lecz nad wszystkimi górowała ta, na pierwszy rzut oka najrozsądniejsza względem jego postanowień. Wystarczyło tylko odejść, prawda? Skoro w teorii wydawało się to takie proste, to dlaczego nie mógł tego zrobić? Nawet jeśli zdrowy rozsądek nakazywał mu jak najszybciej wiać, aby nie wdać się w kolejną rozróbę, to dlaczego nie potrafił wykonać tak cholernie prostej czynności? Dlaczego jego własne nogi odmawiały mu posłuszeństwa...?
Po krótkiej chwili stania w miejscu jak słup, niemal instynktownie ruszył w stronę źródła zasilania. Nie potrafił zostawić Sansa z czymś takim. Nikogo nie potrafiłby zostawić samotnego w takiej sytuacji.
- JAK PAN ŚMIE NAZYWAĆ MOJEGO SIEDMIOLETNIEGO BRATA POTWOREM?! - ryknął, kiedy zbliżył się na tyle wystarczająco, aby móc bez problemu przyjrzeć się twarzy ludzkiego rasisty, starając się przy tym brzmieć jak ktoś cholernie oburzony. - NIGDY NIE SŁYSZAŁEŚ O KOŚCIOMENTULI?! TO NAJWYŻSZE STADIUM ANOREKSJI, TY CHOLERNY IGNORANCIE! - dodał, starając się wypowiedzieć nazwę wymyślonej choroby tak, jakby naprawdę istniała.
Kiedy wreszcie znalazł się obok Sansa, poklepał go bez słowa porozumiewawczo po kości ramiennej, mając przy tym nadzieję, że szkielet zrozumie, co chce osiągnąć.
- Chodźmy stąd, Jacusiu. - dodał z rezygnacją i udawanym ciepłem w głosie, skinając głową w stronę fontanny. - Ten zły pan nie będzie już na ciebie krzyczał.
To była chyba najdurniejsza rzecz, jaką zrobił przez ostatnie lata swojego życia.

//rzut na zrobienie sklepikarza w ciula

_________________

Prowadzone sesje:


Ostatnio zmieniony przez Johnny dnia Wto Lip 17, 2018 9:12 am, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Admin
Admin
avatar

Liczba postów : 154
Join date : 26/11/2017

PisanieTemat: Re: Centrum   Wto Lip 17, 2018 9:07 am

The member 'Johnny' has done the following action : Kostki


'Kostka' : 12
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora http://over-undertale.forumotion.com
Papyrus

avatar

Liczba postów : 87
Zamieszkanie : Dom Sansa I Papyrusa
Praca/Zawód : Kucharz
Ekwipunek : Czerwona peleryna Papyrusa, telefon, prawdopodobnie spaghetti
Join date : 04/04/2018

PisanieTemat: Re: Centrum   Wto Lip 17, 2018 11:24 am

Postawny mężczyzna na początku nie wiedział jak zareagować na okrzyki Johnnego. Dopiero po chwili zrobił się czerwony jak burak i spuścił głowę.
- Przepraszam Pana - powiedział dziwnym, trochę dziecinnym głosem.
Pobiegł do sklepu. Nie minęła chwila, a wrócił niosąc coś w rękach.
- P-proszę to przyjąć. Przepraszam bardzo. - mówiąc to, wcisnął w ręce chłopaka woreczek z brzęczącą zawartością. Tak na oko 25 G.
Następnie zwrócił swój wzrok w stronę "Jacusia". Ukłonił się przepraszająco i burknął coś, że jak chce, to może kupować w tym sklepie co chce. Dostanie nawet zniżkę.

_________________

NYEH HEH HEH!
Autobus (31.05.2018)|Puste (??.??.????)|Rynek główny(19.05.2018)
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Jacuś

avatar

Liczba postów : 8
Zamieszkanie : Slumsy
Praca/Zawód : Sprzedawca-czego-popadnie
Ekwipunek : Telefon komórkowy, portfel, poduszka pierdziuszka, brzęczyk elektryczny, okulary z wielkim sztucznym nosem i wąsami, różowe papucie(!)
Join date : 07/07/2018

PisanieTemat: Re: Centrum   Sro Lip 18, 2018 8:20 pm

Kto by pomyślał, że pierwszy człowiek spotkany tego dnia, okaże się typem nie tylko wyjątkowo odpornym na jego żarty, ale wręcz całkowicie pozbawionym poczucia humoru. Postawiło go to w wyjątkowo niedogodnej sytuacji, ponieważ ostatnim czego sobie życzył, było zwracanie na siebie zbędnej uwagi. Szczerze zastanawiał się nawet nad teleportacją z powrotem do łóżka, choć dobrze wiedział, że nie powinien stosować tego typu sztuczek tuż przed ludzkimi oczami. Przynajmniej dopóki sytuacja nie stawała się naprawdę poważna, a działanie obowiązkowe.
Z nieoczekiwaną pomocą przyszedł mu jednak ktoś, kogo z pewnością by się tutaj nie spodziewał. Zwłaszcza, że nie od razu rozpoznał chłopaka, z którym kiedyś zdarzało mu się zajadać smuty u Grillbsa. Jeszcze w Podziemiu. Ah, dobre czasy! Tak czy inaczej tylko przez wzgląd na prośby starej, dobrej Tori dwukrotnie sprawdzał jak się chłopak miewa i tylko z racji tego wiedział w ogóle jak wygląda. W innym razie niekoniecznie zdołałby go rozpoznać. Urosło się skubaniutkiemu! W ogóle nie przypominał już tamtego, ledwie sięgającego mu czubka czaszki dzieciaka. Tak szybko dorastają! Z Papsem w sumie było tak samo. Jednego dnia jeszcze mógł potraktować głowę tamtego jako podłokietnik, a następnego sam ledwie sięgał mu już żuchwy...
W niekontrolowanym odruchu przekręcił głowę, by spojrzeć w twarz swojemu obrońcy. Nie był co prawda zbyt szczęśliwy z faktu, że musi okrutnie wręcz w tym celu odchylać głowę, ale jak to zwykli mawiać ludzie - nie można mieć wszystkiego! Zresztą już wkrótce to bynajmniej nie nagła różnica wzrostu wprawiała Sansa w zdumienie, a SŁOWA i sam pomysł z jakimi wyskoczył Johnny, by wyciągnąć go z opresji. Im więcej kwitnącej pretensji wypływało z ust nastolatka, tym bardziej bolało go między żebrami i tym gwałtowniej zdawały się dygotać z sekundy na sekundę jego ramiona. Nowe kropelki potu również wypłynęły na czoło, zaś dusza niemalże skręcała się agonalnie w ledwie powstrzymywanym przez niego rozbawieniu. Całe szczęście, że nie miał aż tak rozbudowanej mimiki twarzy jak ludzie, bo mięśnie drgałyby mu teraz na niej jak szalone! Tymczasem tylko w kącikach oczodołów zbierały mu się coraz grubsze grochy łez. To było ponad niego...! Jak jakakolwiek ryba mogła złapać na tak beznadziejną, choć zdecydowanie ulepiona ze złota przynętę?! Cóż. Ta stojąca przed nimi najwyraźniej mogła. Ba! Łyknęła ją w całości i jeszcze gotowa była w swojej łatwowierności pożreć i samego wędkarza!  
Przytłoczony do granic możliwości, Sans szybko sięgnął do kaptura bluzy, który zaraz zarzucił w bezustannym dotąd milczeniu na czaszkę, garbiąc się przy tym widocznie. Zupełnie jakby sytuacja rzeczywiście przyprawiała go o złe samopoczucie, co nie tak do końca niezgodne było z prawdą. Bo czuł się wręcz okrutnie źle, nie mogąc wybuchnąć tubalnym śmiechem! Nic zatem dziwnego, że z chęcią większą niż można to opisać słowami, ruszył w stronę fontanny, jedynie gorliwie przytakując Lingadrowi głową. Nie mógł natomiast niestety odpowiedzieć sklepikarzowi, czy kimkolwiek był jego niedawny agresor. Gdyby spróbował, wszystko poszłoby jak magia w piach.  
Gdy już za to znaleźli się dostatecznie daleko, praktycznie przy samej fontannie, szkielet poczuł jak nogi odmawiają mu posłuszeństwa. Upadł ciężko na kolana, jedną ręką obejmując się na wysokości żeber, drugą wspierając o marmur kamiennego basenu.
- Pff-... PFFFfffffh....!
Ah. To bez sensu... Dłużej już nie potrafił.
- "Kościmentula"... - wyjęczał jeszcze, zanim wreszcie na dobre zaczął się dusić ze śmiechu.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content




PisanieTemat: Re: Centrum   

Powrót do góry Go down
 
Centrum
Powrót do góry 
Strona 1 z 1
 Similar topics
-
» Pomieszczenie Główne
» Centrum dowodzenia kryptonim "Polana"
» Centrum monitoringu
» Centrum monitoringu
» Wioska w centrum wyspy

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Welcome to the Surface! :: Powierzchnia :: Peryferia-
Skocz do: