IndeksIndeks  CalendarCalendar  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  

Share | 
 

 Głupi psychiczny stalker... Może za jakiś czas opowiadania

Go down 
AutorWiadomość
Dia

avatar

Liczba postów : 16
Zamieszkanie : Dom w lesie
Praca/Zawód : Kasjerka
Ekwipunek : Czerwono-żółte rogi, telefon, pamiętnik i zdjęcie obiektu westchnień
Join date : 25/04/2018

PisanieTemat: Głupi psychiczny stalker... Może za jakiś czas opowiadania    Pon Kwi 30, 2018 10:33 pm

Nie jestem dobra w pisanie historii, ale chciałam w końcu coś stworzyć... Więc mając nadzieję, że będzie wystarczająco dobre do czytania i wystarczająco dobrą rozrywką dla mnie postanowiłam stworzyć "książkę" o losach moich postaci... A tu taki trochę enigmatyczny wstępik, który za wiele nie mówi (poza tym w jaki sposób piszę)... No to ten. Ja tu to coś zostawię chyba??? Jest krótkie, ale nad rozdziałami będę się starać by były dłuższe rzecz jasna!

♠Wstęp.♠


Nie każda historia kończy się szczęśliwie, więc nie każda jest warta opowiedzenia... Ta jednak, choć jest zdecydowanie daleka byciu perfekcyjną ma w sobie pewien przekaz — chociaż nie posiada dobrego zakończenia i też dobrego zakończenia posiadać nie będzie, zostanie usłyszana przez wielu. Przynajmniej taką mam właśnie nadzieję; ta opowieść jest nadzwyczajna i to właśnie dzięki swej nienormalności ma szansę na to, by pozostać na ustach wielu pokoleń.

Czy zastanawiałeś się kiedyś nad istnieniem alternatywnych światów, tak bardzo róznych od naszej rzeczywistości, że aż niemożliwym było wyobrazić je sobie dokładnie? Jeżeli tak, to jest coś, co powinieneś wiedzieć — współistnienie odmiennych wymiarów obok siebie jest jak najbardziej możliwe, jest to realne, a nawet niezaprzeczalne. Oczywiście, nauka czy też religia może wykluczyć coś takiego, ale nawet jeżeli czemuś brakuje sensu, wcale nie czyni to tego mniej prawdopodobnym od rzeczy codziennych i nieoderwanych od panujących realiów. Właśnie to, o czym mam zamiar wam opowiedzieć, to znaczy — ta historia — osadzona jest w dwóch odrębnych, rządzących się innymi regułami wymiarach; powieść, która wydaje się tak niedorzeczna i nieprawdziwa, a jednak z pewnego powodu... Istnieje. Niektórzy mogą uznać ją za głupią plotkę, inni zaś ślepo wierzą w to, że każdy choćby najmniejszy szczegół nie jest zakłamany, lecz jak najprawdziwszy. To ten podział sprawił, że relacje Świata Chaosu jak i Świata Praw i Zasad nabrały rozgłosu, którego być może aż tak bardzo nie potrzebowały; wszystko za sprawą dwójki osób, odmiennych od siebie jak woda i ogień, księżyc i słońce, cień i światło. To właśnie Oni przyczynili się do niespokojnego szemrania wśród tłumów ludu, gdzie każdy na każdego łypie okiem, starając się odgadnąć czy ktoś jest "normalny", bądź jest "niepoczytelny". Losy jej i jego, które na zawsze stały się tutejszym symbolem walki Szaleństwa z Rozsądkiem, Obłąkania z Prawem, Zła z Dobrem. Citier City — to właśnie centrum całego zajścia, które chyba najbardziej wpłynęło na rozwój dalszej opowieści; to ono, to niczym niewyróżniające się od innych mieścin szare miasto połączyło Ich i splotło losy na dość spory kawał czasu. On, urodzony i wychowany w tym miejscu, znany i powszechnie lubiany Wilk, z drugiej zaś strony — Ona, niekompletna Bestia, obłąkany wygnaniec swojego świata niepasujący nigdzie. Oboje walczący o siebie, choć skrajnie do siebie różni, wciąż jednak łączy Ich ten sam cel; by nie zostać zapomnianymi przez to Miasto. I faktycznie — Marzenie, które było dla Nich wspólne — spełniło się. Miasto pamięta; co więcej, pamiętają Ich całe Światy. Zarówno ten, który rządzi się Prawami i Zasadami, który jest szary, niewyróżniający się, nudny i przede wszystkim — normalny. Wymiar, którego cechuje wstręt do inności i dziwactw, który unika wszelkich nowości jak ognia oraz obawia się stracić swoją codzienną nijakość poprzez oddalenie się od zwyczajności do której przywykł. To właśnie ta rzeczywistość, która jest nam tak bardzo znajoma; doskonale kojarzymy ten zdechły lasek, te wyniszczone drogi, budynki, z których sypie się gruz, a także szarawe smutne niebo, któremu często zdarza się płakać nad losem mieszkańców. Pamięta Ich również Chaos, który to Ona opuściła na rzecz tego miejsca. Świat, którego nie obchodzą żadne zasady, nikt tutaj nie jest zobowiązany do przestrzegania jakichkolwiek praw; ba, w tejże rzeczywistości nie istnieje coś takiego, a istoty tu żyjące same nadają sobie przywileje i reguły, których nie łamią, bądź starają się nie łamać. Chaos, którego jedynym mottem jest "giń, jeśli nie potrafisz walczyć o swoje" — miejsce, w którym niebo jest jasnoróżowe, trawa fioletowa, a drzewa rosną korzeniami ku górze. Rzeczywistość, dzięki której nie ma szans na to, byś dorastając tam, stał się kimś normalnym według Świata Praw i Zasad. Te właśnie odmienne realia, a jednak z pewnego powodu zderzają się ze sobą... Być może całkowicie przez przypadek, lecz co po niektórzy mogą pomyśleć, że był to właśnie świadomy wybór Losu, który chciał udowodnić wszystkim, jak wiele można poświęcić by móc być sobą tam, gdzie wymagają od nas całkowitego posłuszeństwa. To także uczucia, nienawiść, miłość, chęć stania się kimś lepszym według innych oraz kimś lepszym według siebie; to wszystko stopione w jedno, nadało powieści tylko jeszcze większego rozpędu. I nawet jeżeli komuś wyda się tą historia żałosna bądź idiotyczna, wciąż jest ona historią — a każda z nich jest warta opowiedzenia. Nawet, jeżeli usłyszana zostanie tylko raz...
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Dia

avatar

Liczba postów : 16
Zamieszkanie : Dom w lesie
Praca/Zawód : Kasjerka
Ekwipunek : Czerwono-żółte rogi, telefon, pamiętnik i zdjęcie obiektu westchnień
Join date : 25/04/2018

PisanieTemat: Re: Głupi psychiczny stalker... Może za jakiś czas opowiadania    Wto Maj 01, 2018 3:50 pm



♠Moje imię to Dia♠


Młoda potworza króliczyca zwlokła się ze swojego łóżka niechętnie; nie dopisywał jej ani nastrój, który pozostał negatywny od wczoraj, ani też panująca na zewnątrz pogoda. A trzeba przyznać, że tego właśnie poranka dwa wielkie słońca przygrzewały bardzo mocno... Toteż, choć wstała — nie miała tak naprawdę wyboru — to pozostawiła okno nieodsłoniętym. Rano zawsze było dla niej najgorszym momentem w ciągu całego dnia; bez ustanku musiała walczyć ze swoim niesamowitym lenistwem, a następnie ze swoją niechęcią do calutkiego świata. Jeżeli istnieje coś, co nienawidzi bardziej od siebie, to tym właśnie jest poranek (a także wymiar, w którym aktualnie się znajdujemy). Mimo wszystko dzisiejsze wstawanie z łóżka było milsze niż jest zwyczajnie — wyjątkowo nikt na nią nie krzyczał, nikt nie poganiał, atmosfera w domu była nad wyraz spokojna... Zanim jednak antropomorficzna bestia znalazła się w kuchni by rzecz jasna zjeść śniadanie, stanęła na środku pokoju. To również nie należało do jej codzienności, aczkolwiek dziś poczuła wielką potrzebę przyjrzenia się sobie w lustrze, które było częścią jej wielkiej, wręcz dwumetrowej, kakaowej szafy. Stojąc tak przed nim bez żadnego większego powodu zastanawiała się, jak będzie wyglądało jej życie w niedługiej przyszłości. Zarówno ojciec jak i matka zdążyli ową bestię poinformować co do ich WIELKICH planów względem niej — prawdopodobnie by oswoić ją z myślą, że za niedługo znajdzie się w zupełnie różnym od tego miejscu — ale ona wciąż nie była przekonana. Fakt faktem, że nienawidziła istnienia właśnie tutaj, ale tak samo bardzo nie cierpiała tak dużych zmian w tak krótkim czasie. Miała chwilę na to, by to przemyśleć, jednak to nadal było dla niej za wcześnie by przeprowadzać się gdziekolwiek, a tym bardziej — do oddzielnego wymiaru. O przybyciu brązowowłosej wiedział prawdopodobnie jedynie dyrektor, no bo to w końcu szkoła. Wątpiła w to, że będzie o niej głośno już pierwszego dnia w obcej placówce, a jednak zżerał ją stres, a ten za każdym cholernym razem wywoływał w niej złe samopoczucie. Ciągle była nadąsana na swoich chorych psychicznie rodziców, jednak co mogła niby poradzić na decyzję, która została podjęta za jej plecami? Najważniejsze dokumenty i tak już znajdowały się w tamtym liceum, a ona miała jedynie się podpisać w dwóch, czy może trzech miejscach; to wszystko, co mogła teraz zrobić. Poza tym była jeszcze niepełnoletnia, więc podlegała pod rodzicielską opiekę. Co z tego, że w Świecie Chaosu coś takiego jak prawo, zakazy i nakazy nie istnieją — to wszystko jest czysto teoretyczne, bo jej rodzice i tak nakładali na nią coraz to więcej obowiązków, których miała przestrzegać. Przyglądanie się swojemu odbiciu niczego jej magicznie nie rozjaśniło; doprawdy, przez chwilę wydawało się króliczycy, że odpowiedź na jej aktualne zmartwienie w niespodziewanych okolicznościach pojawi się na tafli lustra... Nic z tego! Dostrzegła na niej jedynie swoją brzydką twarz przyozdobioną w pięć żółto-czerwonych oczek tępo wpatrujących się przed siebie. Nie słuchała tego, co mieli do powiedzenia jej rodzice gdy po raz pierwszy poruszyli temat przeprowadzki nastolatki, jednak jedna rzecz nie umknęła uwadze pięciookiej; ojciec  — Andrew — użył do tej pory nieznanego dziewczynie słowa. Coś, co brzmiało jak nienormalny tylko bez "nie" na początku. Właśnie w ten sposób określił mieszkańców spoza ich wymiaru, a cytując dokładniej: "Wszyscy tam są normalni, więc będzie cię wiele wysiłku kosztować wpasowanie się tam, Dia". Sformułowane przez niego zdanie było dziwne nie tylko z tego powodu, ale też ze względu na sposób w jaki to wypowiedział. Dia nie była pewna, czy był on szczery mówiąc o tym całym wpasowywaniu się, bowiem ona sama nie odczuwała chęci by zadawać się z tymi "normalnymi". Pewnie będzie unikać ich jak ognia — coś takiego mógł mieć na myśli mężczyzna będący jednym z rodziców króliczycy, kiedy to tłumaczył jej jak ważne jest, by znaleźć sobie odpowiednie towarzystwo, od którego będzie mogła się wiele nauczyć. "Szanuj ich kulturę i wyraź chęć bycia szanowaną" dodał na koniec, kiedy to opuszczał pokój nastoletniej córki. Wciąż jednak, nie wykazała ona choćby cienia zainteresowania tą zupełnie inną rzeczywistością. — Ciekawe, czemu aż tak się zachwycają tym wymiarem. Dopiero co odkryliśmy wyrwę w naszych realiach, a oni wszyscy już ufają w to, że jest tam bezpieczniej niż u nas. A co jeżeli jest tam większe wariatkowo niż tu? Serio, nienawidzę swojego życia, ale wciąż mogę znienawidzić je jeszcze bardziej, racja?
Zaprzątając swoją głowę właśnie takimi myślami odetchnęła ciężko i bardzo powoli, ale to bardzo, bardzo powoli obróciła się plecami do szklanego zwierciadła. Obejrzała się jeszcze tylko przez ramię, zauważając coraz to więcej szczegółów ze swojej budowy; wielkie, sterczące ku górze królicze uszy oraz czarny, dwa razy dłuższy od ciała ogon zwieńczony nastroszoną, gęstą kitą. Cała reszta jej sylwetki pokryta była białym, bardzo krótkim futerkiem, aczkolwiek nie ta część ciała — w dziwny sposób się odznaczała, wywoływała wrażenie, że tak naprawdę nie należy ona do Dii, co nie odpowiadało jej właścicielce. — Ciekawe czym wyróżnia się to całe bycie "normalnym". — mruknęła pod nosem. Zdawała sobie sprawę z tego, że jest nienormalna — rodzice wczorajszego wieczora wyjaśnili również tą kwestię, jednak gdy brązowowłosa zadawała im pytania odnośnie zwyczajności oraz tego, czym się ona charakteryzuje... Cóż, nie otrzymywała odpowiedzi, bowiem matka i ojciec albo unikali tego pytania, albo popadali w zamysł i spoglądali na siebie znacząco. W końcu, poddając się z tym zapytaniem — przecież i tak za niedługo sama się przekona — Dia postanowiła dociec temu, czemu tak bardzo chcą, by poszła właśnie do TEJ SZKOŁY i czym właściwie owa instytucja jest. Znów brak jasnych i zadawalających królika odpowiedzi; gadka szmatka o tolerancji, o tym, że odkrycie zupełnie innego świata jest przełomem w historii i że zwyczajnie musi się do jego istnienia przyzwyczaić.
— Zobaczysz, jeszcze ci się spodoba to miejsce, "kochanie". — zachęcała ją Beatrix, będąca jej rodzicielką. Wypowiedź ta była słodka, a nawet zwieńczona "miłym" wyrażeniem w stosunku do samej króliczycy... "Miła odmiana, nie wyzywają mnie od śmieci i nie nadających się do niczego gówniar" pomyślała Dia. W tonie kotowatej, czterorękiej matki brakowało jednak autentyczności, a przepełniony on był czymś w stylu... Poganiania? Ano tak, czerwonooka musiała się przecież przekonać do tego wymiaru już wtedy, gdy po raz pierwszy o tym rozmawiali. W końcu, zmęczona tym wszystkim, chcąca spać poddała się i przyznała im rację; nie, nie chciała trafić do innej rzeczywistości, jednak rodzice byli niesamowicie uciążliwi, a ona sama decyzji podjąć nie mogła. Starała się patrzeć na plusy, a nie na minusy — w końcu wyrwie się z tego zadupia, z miejsca w którym najgorsze koszmary się spełniają w tempie natychmiastowym! Ehh, jej rodzina była przekonana o tym, że Dia faktycznie lepiej myśli o tamtych realiach, ale opis, który sprezentowali jej rodzice... Niebo jest niebieskie bądź okazjonalnie szare, trawa zielona, a drzewa rosną "normalnie". Nikt nie ma tam więcej niż dwoje oczu, nie mają też mnogiej liczby ramion, a ich pokrycie ciała nie jest różowe bądź zielone. Nudy!
Ostatnie swe spojrzenie rzuciła na ukochane łóżko, które jako jedyne w tym świecie naprawdę ją kochało. Obok niego stała niedużej wielkości walizka, przyozdobiona w piętnaście mrugających oczek; — To powinno odstraszyć potencjalnych złodziei, "skarbie" — mówiła Beatrix, na co milczący Andrew kiwał z aprobatą głową, a ich nastoletnia córka wzdychała teatralnie z ciężko ukrywaną niechęcią. W końcu jednak, Dia zdobyła się na odwagę by opuścić pomieszczenie zwane JEJ pokojem; okrągła klamka z namalowanym na niej okiem zrobiła głośne "klik", które można było usłyszeć dobrze w praktycznie każdej części domu. Domu, który zwyczajny nie był; sufit znajdował się chyba jakieś 6 metrów w górę jak nie więcej, natomiast drzwi od różnorodnych salonów lewitowały w powietrzu. Króliczycy akurat przytrafiło się takie szczęście, że mieszkała na tak zwanym parterze, gdzie unoszące się w powietrzu wejście-wyjście nie było konieczne, jednak już jej wujostwo, rodzice oraz rozmaici kuzyni korzystali z tych właśnie przemieszczających się "wrót". Odróżnić je można było jedynie po kolorze, kształcie oraz różnego rodzaju ozdobach — na przykład jeden z jej kuzynów całe swoje życie spędził w pomieszczeniu oznaczonym czarnymi drzwiami z namalowanymi na czerwono "gwiazdkami" i "krzyżykami". W każdym bądź razie, by dostać się do kogokolwiek trzeba było wejść po niewidzialnych schodach, które pojawiały się dopiero w momencie, gdy było się na trzecim ze schodków. Nie było to ulubione zajęcie bestyjki, aczkolwiek jedyne możliwe, z tego też powodu zrobiła krok w kierunku dużych, złoto-niebieskich drzwi. Raz, dwa, trzy, a czwarty oraz następne poszły już znacznie sprawniej (w końcu widziała gdzie idzie). Zapukała, czekając na odzew ze strony jej ukochanych rodziców, którzy pierwszego dnia nowej "rozrywki" mieli ją odwieźć na miejsce. Co prawda w następnych dniach szykowanie się do życia w szkole powinno być prostsze, bowiem nie będzie miała nad swoją głową trajkotającej matki oraz narzekającego ojca, ale jeszcze dzisiaj miała zabrać się z nimi. No i oczywiście śniadanie w gronie najbliższych — właśnie tego było jej trzeba! Nie przez sentyment czy coś takiego, nic z tych rzeczy, po prostu była przeraźliwie głodna i nieco niewyspana — a to nie jest najlepszym połączeniem. — Mamo, tato, pobudkaaa, już jest siódma! — krzyknęła zza drzwi, stukając co raz to głośniej, co raz to szybciej. "To oni kazali mi wywlec się z łóżka o tak wczesnej godzinie, a sami jeszcze do cholery śpią..." marudziła w myślach, będąc jeszcze bardziej niecierpliwą niż była z początku. Nie chciała tam iść, nie zależało jej na tym, by zdążyć na czas, a jednak coś sprawiało, że czuła swego rodzaju podekscytowanie... Nie znając tego uczucia zrzuciła to na stres, nerwy i być może nawet gniew.
Klik.
Drzwi automatycznie uchyliły się przed Dią, na co ta popchnęła je nieco szerzej, po czym wsunęła się do środka zamykając wejście od wewnątrz. — Bijecie rekordy, "kochani" rodzice. Otworzyliście mi dzisiaj po pięciu minutach, a nie dziesięciu tak jak ostatnio! — zaśmiała się, jednakże pretensja rozbrzmiewała w tembrze jej głosu. — Ale nawet nie przyszliście się przywitać... W końcu idę do tego super fajnego świata, którego nikt z nas tak naprawdę nie zna, co nie? Nie pożegnacie się ze mną nawet—...
Nie dokończyła. Przemierzając krótki korytarzyk ozdobiony ich rodzinnymi fotografiami w końcu stanęła przed kolejnymi wrotami, które w tym przypadku stały otworem. Zaglądając przez nie zauważyła krzątającą się po niewielkiej kuchni matkę, a także ojca pijącego przy stole poranną kawę. Oboje wyglądali na bardzo zestresowanych i choć na co dzień nie przejmowali się swoją pierworodną, to dzisiaj ich poddenerwowanie wyglądało dziwnie prawdziwie... Nastolatka zaniemówiła, wręcz bez słowa usiadła na przeciw Andrew'a. Pracowita Beatrix podała zarówno ojcu, jak i córce po kawałku ciasta czekoladowego, a sama jeszcze nie zasiadła do ładnie przygotowanego blatu; chyba coś porządkowała, ale ze względu na to, że była odwrócona tyłem do męża, a także Dii nie było widać co ją tak bardzo zajęło. W końcu skończyła i po cichu dosiadła się do pozostałej dwójki. Wszyscy milczeli, czuć było jednak napięcie jeszcze wczorajszego dnia... Oraz dzisiejszego. — Pamiętasz o czym mówiliśmy ci wczoraj, Dia? — ciszę przerwał ojciec, który ze skupieniem wpatrywał się swymi trzema niebieskimi oczyma w jedyną potomkinie rodziny Belskich. Nastolatka kiwnęła głową na tak, bowiem jej pyszczek zajęty był smacznym poczęstunkiem. — Wiesz czemu cię tam wysyłamy, racja?
— Ponieważ sprawiam kłopoty wychowawcze. Ponieważ się was nie słucham. Ponieważ nie umiem żyć z innymi. Ponieważ potrzebuję nauczyć się praw i zasad. Ponieważ jestem nieposłuszna. — odpowiedziała króliczyca, która właśnie skończyła jeść swoją porcję. — Mam nauczyć się tolerancji, szacunku oraz stosowania się do ogólnie przyjętych reguł, prawda? Ponieważ teraz jestem "nienormalna". Jak każdy z nas w tym świecie... — kiedy uznała, że jej wypowiedź jest wystarczająco pełna, umilkła. Pięć ruchomych oczek wpatrywało się ze skupieniem w talerz, na którym znajdowały się niewielkie okruchy będące pozostałością po jednym z bardziej lubianych przez nastolatkę ciast. — Dziękuję za śniadanie, mamo.
Oboje rodziców antropomorficznej bestii spoglądało na nią jak na wyrzutka społeczeństwa, którym tak naprawdę była, jest i prawdopodobnie też będzie w świecie, w którym przyjdzie jej przez jakiś czas żyć. Choć często mówili jej, że ją "kochają", ona wcale nie odczuwała tej całej rodzinnej otoczki, ciepła i miłości, którą przecież powinna była czuć, racja? Zresztą, było to jej jakoś dziwne obojętne, bowiem jej rodzina ze wszystkich rzeczy na świecie obchodziła ją najmniej... — Mniej więcej. W każdym razie jesteś zobowiązana do uczęszczania do tamtej szkoły. Dyrekcja oraz twój wychowawca będą nas informować o każdym twoim przewinieniu oraz o ucieczkach. To dla twojego dobra, Dia, więc postaraj się nie być dla nikogo kłopotem. — podsumowała matka. Cóż, użyła niezbyt ładnych słów, bowiem nazywanie kogoś "kłopotem" jest czymś nieuprzejmym, jednak rodzina brązowowłosej doskonale ją znała i wiedziała, że potrafi sprawiać problemy. To jednak nie tłumaczyło zachowania rodzicielki, która w pewien sposób potraktowała swoją córkę przedmiotowo; przynajmniej właśnie w ten sposób poczuła się młoda Belska. "Widzę, że zaczynasz pokazywać swoją prawdziwą twarz, hę?" pomyślała pięciooka, która zbyt wiele ze słów matki sobie nie robiła.
— Jest już późno. Nie powinnam była się już czasem szykować do tej ekstra super i normalnej szkoły? — zasugerowała króliczyca, która miała już dość słuchania o tym, jaka to ona nie jest problematyczna.
— Mam nadzieję, że wzięłaś wszystko to co potrzebne, "słońce". — powiedziała uśmiechnięta Beatrix. "Pewnie się cieszy, że się mnie w końcu pozbywa" podsumowała w myślach jej córka. — Dzwoń do taty, gdybyś miała jakieś... Pytania. I gdybyś czegoś potrzebowała, rzecz jasna. Wiem, że to dla ciebie ciężkie, ale naprawdę będę z ciebie dumna, jeżeli nie narobisz wokół siebie jakiegoś zamieszania. Słuchaj się wychowawcy, jest od ciebie starszy, należy mu się szacunek.
— Pamiętaj, że nie wszystko jest tobie przeznaczone. Nie musisz mieć wszystkiego tego, co mają inni, Dia. — dodał ojciec, który tak samo jak jej rodzicielka miał pewne obawy co do zachowania ich "ukochanej" pierworodnej. Ton jego głosu wskazywał jednak na to, że "wszystko będzie w porządku" tak długo, jak długo jego córka ma zamiar przestrzegać tego, co powiedzieli jej tydzień temu, gdy po raz pierwszy pojawiła się "propozycja" jej wyprowadzki, wczoraj, gdy rozmawiali na ten temat już całkowicie poważnie oraz dzisiaj przy stole. — Postaraj się nie rzucać w oczy i nie kłóć się z innymi, a tym bardziej już nie pierwszego dnia, rozumiesz? Musisz zadbać o dobrą reputację. Może poznasz kogoś ciekawego, hm? Nie reaguj też na niemiłe komentarze, tam nikt na co dzień nie ma do czynienia z kimś takim jak ty; bądź wyrozumiała dla swoich rówieśników. — mówiąc to, wstał od stołu, odstawił kubek do zlewu, podziękował za poczęstunek i udał się do pomieszczenia obok, które pełniło funkcje sypialni małżonków. Tak samo jak Dia musiał w końcu się przyszykować... Właśnie, przyszykować! Pięciooka przecież cały czas była w swojej piżamie i byłaby w niej pewno dłużej, gdyby nie fakt, że Beatrix wspaniałomyślnie postanowiła nastolatce to uświadomić:
— Gdzie twoja sukienka na rozpoczęcie roku szkolnego? Wczoraj przecież ją naszykowałyśmy, pamiętasz? — Na słowa matki Dia jęknęła, jednakże podniosła się ze swojego siedzenia (zresztą zrobiła to niesamowicie powoli, bez pośpiechu). Miała już powiedzieć coś w stylu "Już idę, mamo", jednak głos czterorękiej powstrzymał nastolatkę: — Bez obaw, nie musisz już iść do swojego pokoju. Walizki też widzę, że nie wzięłaś, co mogłoby być niemałym problemem, gdyby nikt ci o tych rzeczach nie przypomniał. Powinnaś być mi wdzięczna za to, że pamiętam za ciebie, panno zapominalska.
Kotowata spojrzała na swoją córkę, kładąc dolną parę ramion na swoich biodrach. W jednej z górnych trzymała pomywak, którym myła naczynia, pstryknęła zaś palcami wolnej niczym niezajętej dłoni. W magiczny sposób walizka pojawiła się pod drzwiami, natomiast czarna sukienka z tiulową spódniczką — na Dii. — Szczerze zapomniałam, że coś takiego potrafisz, mamo. "Dziękuję", przynajmniej nie muszę latać w tę i z powrotem...
— Za mało jest wdzięczności w twoim głosie, Dia. Na to jednak nie jestem w stanie nic zaradzić... Mam szczerą nadzieję, że nowy świat cię odmieni. — czarnowłosa kotka kończąc porządki zbliżyła się do króliczycy. — Na lepsze, rzecz jasna. A teraz pozwól, że i ja się przebiorę. Trzeba w końcu wywrzeć dobre wrażenie na reszcie rodziców i na rzecz jasna twoim wychowawcy... Nie zepsuj tego, proszę. Nawet, jeżeli ten wymiar jest zupełnie odmienny od naszego i nawet jeżeli jest normalny, powinnaś się do niego dostosować najlepiej jak potrafisz. A jeżeli nie będziesz w stanie, to przynajmniej nie zwracaj na siebie większej uwagi. Pozwól zapomnieć reszcie twojej klasy o twoim istnieniu, "kotku".
Beatrix opuściła kuchnię, w której została już tylko ogoniasta bestyjka. Ta odetchnęła z ulgą, kiedy to jej rodzice przebierali się w jedne z "lepszych" ich ciuchów; ledwo powstrzymała się od powiedzenia czegoś nieprzyjemnego, jednak udało jej się pozostać do końca "miłą", "cichą" i "potulną". Fakt, że udawanie dobrej córeczki zamiast rozpieszczonej "księżniczki" nie sprawi, że zapomną o jej "wyprowadzce", aczkolwiek przynajmniej dzisiaj nie musiała się awanturować z żadnym ze swoich rodziców. "Tyle dobrego co nic" pomyślała, mimo wszystko nie żałując tego, co zrobiła; miała spokój, upragnioną przez całe jej dotychczasowe życie ciszę. Stanęła przy kuchennym parapecie, wpatrując się w widoki za oknem: "Prawdopodobnie ostatni raz na jakiś kawał czasu widzę to różowe niebo, po którym biegną rozpędzone żółte obłoki, tą fioletową trawę, na którym pasie się czerwono-czarne, ośmionogie i uskrzydlone bydło oraz te czarne drzewa, które kąpią swe długie, pokręcone korzenie w świetle dwóch słońc..." pomyślała, po raz pierwszy dostrzegając piękno tejże nienormalności. "Dziwnie jest tak o tym myśleć, ale będę chyba za tym wszystkim tęsknić."
— Dia, bierz walizkę i jedziemy! — krzyk matki wyrwał pięciooką z tejże melancholii będącej wynikiem nostalgii. Niby nienawidziła tego świata, jednak niektóre rzeczy wciąż ją w nim fascynowały i uważała je za piękne i godne podziwu. — Dia! — poganiający ją głos nie pozwolił się brązowowłosej pożegnać z tą rzeczywistością; cóż, miała już na to wystarczająco czasu, a jednak korzystała z tej możliwości dopiero w tym momencie, gdzie normalnie powinna się śpieszyć. "Nieważne gdzie trafię, nie pozwolę temu miejscu o sobie zapomnieć; nie zniknę, nie będę tylko statystyką. Sprawię, że będą o mnie mówić—" nieśpiesznym krokiem oddaliła się od okiennicy, patrząc wciąż na krajobraz znajdujący się po drugiej stronie szyby. — Dia, cholera jasna, co ty tam tak długo robisz?!
— Już idę, mamo! — wołana krzyknęła rozdrażniona w odpowiedzi, prawdopodobnie już całkowicie wybudzona z transu, który wywołał ten dobrze jej znany fragment świata. Tak jak powiedziała, tak też zrobiła; chwyciła za rączkę walizki, po czym szybkim krokiem zbliżyła się do wyjścia. Rodziców nie było już w domu; "No tak, pewnie czekają na dole" przeszło jej przez myśl, kiedy to ponownie w ciągu dnia przemierzała korytarz pełen fotografii. Ledwo się powstrzymała, by się przy nich nie zatrzymać — w końcu, choć była wyszykowana najwcześniej, to najpóźniej ze wszystkich opuściła te pomieszczenie. Nacisnęła środkową część klamki od drzwi i zanim zdążyła ją przekręcić, wrota same rozwarły się tak, by dziewczyna mogła się w końcu wydostać z miniaturowego domu matki i ojca. Stojąc w progu, oczywiście od wewnętrznej strony rozejrzała się wokół; dostrzegła jedynie kilka par drzwi, które same się między sobą przemieszczały, schody, a także fioletowo-zielony samochód przy którym stali Beatrix i Andrew. Kiedy ich zauważyła, zbiegła ze schodków tak szybko, jak tylko była w stanie. Na szczęście nie zajęło to czerwonookiej długo, ponieważ w przeciwieństwie do wchodzenia po nich, schodzenie było dużo prostsze (głównie ze względu na to, że z tej strony każdy stopień był widoczny od samego początku, do końca). W trymiga znalazła się na dole i bez słowa wsiadła do rodzinnego auta; z tyłu, od strony kierowcy. Oczywiście samochód prowadził ojciec, natomiast drugim pasażerem okazała się być rzecz jasna Beatrix, która usiadła całkiem z przodu. Nie rozmawiali ze sobą — Dia miała na uszach słuchawki podłączone do telefonu, ojciec był czymś zamyślony, a matka wyjątkowo dzisiaj milczała. Wyjechanie z "domu" było czymś banalnym, bowiem wejście do niego było wystarczająco duże, by mogły obok siebie przejechać dwa samochody; dodatkowo ojciec zdążył otworzyć furtkę, by móc bez żadnych komplikacji opuścić to miejsce.
Problem pojawił się dopiero wtedy, gdy stanęli obok wyrwy, a przynajmniej takiego zdania była Dia — ojciec spowolnił samochód i przez jakieś dwie, może trzy minuty wpatrywał się w dziurę. Dopiero potem do króliczycy doszło o co chodziło tak naprawdę; samochód był za duży by przedostać się przez ową szczelinę, jednakże ta zmieniała swój kształt z każdą chwilą. Była albo szersza, albo węższa, nie było też żadnego logicznego wytłumaczenia na to, jaka ona będzie w następnej chwili. Kiedy to zrobiła się nieco większa niż wcześniej, Andrew dodał gazu i wjechał w nią, a ta połknęła ich w całości. To nieco przeraziło pięciooką, ale... Już chwilę potem wszystko było w porządku. Kiedy zamrugała kilka razy ślepiami, a następnie podniosła wzrok z nad telefonu ujrzała coś, co było dla niej nieprawdopodobne.
Zielona trawa.
Niebieskie niebo.
Jedno słońce.
I te dziwne korzenie drzew zakończone czymś zielonym...
Czy tak właśnie wygląda świat, w którym miała się znaleźć? Czy o tym mówili jej rodzice? Z wrażenia ściągnęła słuchawki i wyłączyła komórkę. Miała nadzieję, że matka i ojciec powiedzą jej coś więcej na temat tego, co właśnie ujrzała, jednakże doskonale wiedziała, że prawdopodobnie sami nie wiedzą lepiej od niej. Ojciec, z tego co kojarzyła z ich rozmów, był tu dopiero trzeci raz, natomiast matka być może drugi — nic więc dziwnego, że tak jak i Dia nie będą pojmować tego wymiaru... Króliczyca otworzyła drzwi, po czym opuściła auto. Pierwsze co poczuła, to lekki powiew wiatru we włosach, a także ciepło, które zostało wytworzone przez tylko jedną ognistą kulę zawieszoną na niebie. Barwy tego świata wydały się szesnastolatce niezwykle przyjemne, co było czymś dla niej zaskakującym i niespodziewanym. Myślała, że od razu znienawidzi tę rzeczywistość, jednakże udało się temu światu mile zaskoczyć młodą bestię. To prawda, że nie chciała zostać tu na długo, ale też nie czuła nienawiści względem jej aktualnego otoczenia, a wręcz przeciwnie — poczuła się poruszona przez tą dziwną, "normalną" naturę. — Gdzie my tak właściwie jesteśmy tato? — zebrała się na odwagę by zapytać.
Ojciec z kamiennym wyrazem twarzy zerknął to na żonę, to na córkę będącą pod wrażeniem, a następnie na budynek przed którym wylądowali, a który otaczała ta przecudowna zieleń. — To Świat Praw i Zasad, a dokładniej  Citier City, Dia. A ta budowla to twoja szkoła. Za jakiś czas... — w tym momencie zerknął na zegarek —...za pięć minut masz rozpoczęcie roku szkolnego.
— Za pięć minut. — powtórzyła pięciooka, wpatrując się w ekran swojej komórki. — Co ja mam przez te pięć minut robić?
— Zachowuj się. Nie ma potrzeby, byś robiła w tej chwili cokolwiek. Bądź cierpliwa, najlepiej jeszcze nie wchodź do środka. — odpowiedziała jej tym razem matka, która spoglądała na swoją potomkinię niechętnie. — Możemy ci w tym czasie wszystko przypomnieć, byś nie zapomniała.
Pan Belski również pochwycił ów temat. Praktycznie od zaraz zaczął wyliczać: — Słuchaj na lekcjach, słuchaj starszych od siebie, nie kłóć się z nauczycielami, nie pyskuj im, nie wyzywaj swoich klasowych znajomych, nie wychylaj się, jeżeli nie masz takiej potrzeby, dzwoń, jeżeli będzie coś nie tak, zachowuj się, przeczytaj szkolny regulamin i nie łam go, nie łam też prawa... W przeciwieństwie do naszego świata jest tu dużo zakazów i nakazów, które obowiązują każdego, Dia. Również ciebie.
— Powtarzacie się. Nie mam pamięci krótkotrwałej, pamiętam wszystko co mi powiedzieliście. Przeczytam te pieprzone zasady, tylko proszę, nie mówcie mi o nich już nic więcej. — dziewczyna złożyła dłonie wręcz jak do pacierza, kiedy to zaczęła ich błagalnym głosem prosić. Nie chciała być traktowana jak dziecko, do cholery jasnej, więc mogli sobie darować te wszystkie rady, które słyszała po raz TYSIĘCZNY. Przez ten cały czas rozpaczliwie spoglądała na wyświetlacz, wygaszała go i wyświetlała co chwilę, a nawet liczyła sekundy. Na szczęście przez dwie ostatnie minuty czekania jej kochana nienormalna rodzinka niczego nie skomentowała... No, po za matką, która zauważyła, że jej kochany "kiciuś" się garbi.
— Stój prosto. Wiesz jak brzydko to wygląda, kiedy się garbisz? Musisz się jakoś prezentować... — pani Belska mówiła coś jeszcze, jednakże Dia już nie słuchała. Pochłonięta była swymi myślami oraz czekaniem na to pieprzone rozpoczęcie roku szkolnego; w końcu za którymś razem ujrzała ładną, okrągłą godzinę 8.
— Powinnam była już iść... Dzięki, mamo. Dzięki, tato. Będę grzeczna, obiecuję! — krzyknęła podekscytowana, idąc w kierunku wejścia do szkoły. Z tego co wcześniej powiedziała jej Beatrix wynika, że będzie chodziła do klasy pierwszej A; wciąż nie znała imienia i nazwiska swojego wychowawcy, ale to obchodziło nastolatkę tyle, co nic. Jej ekscytacja była rzecz jasna udawana, a przynajmniej sama utrzymywała, że tak właśnie jest — bo na co jej ta szkoła? Zatrzymała się przed spisem wszystkich klas, szukając na którejkolwiek liście siebie — zaczęła rzecz jasna od owej "Ia". Znalazła się w miarę szybko. "Mama miała jednak rację; ciekawe z kim będę chodzić do klasy?" pomyślała, wpatrując się tępo w pozostałe inicjały; tępo, bowiem nie było możliwości na to, by znała kogokolwiek stąd, skoro jest tu pierwszy raz, prawda? Tak czy siak, jej uwagę przykuło parę inicjałów; między innymi Chael, który znajdował się o pozycję wyżej, a także Briggie... Skądś kojarzyła "Briggie", ale w tym momencie nie była w stanie sobie przypomnieć, kimże jest ta osoba? "Nieważne, powinnam była już iść... To chyba jest na dworze, prawda?" myśląc w ten sposób, odsunęła się od tablicy informacyjnej, po czym ruszyła przed siebie — kierowała się słuchem, bowiem w miejscu w którym owy początek szkoły miał nadejść panował gwar i prawdopodobnie ścisk (sądząc po liczbie głosów). "Ten budynek jest jakiś dziwny; wszystko tutaj jest stabilne, nic nie lata, nic nie lewituje, schody są widoczne, są nawet szersze i te smętne jasne ściany, takie jakieś bezbarwne... Jak całe to miejsce" cóż, nie mogła powstrzymać towarzyszących jej myśli, nawet gdy starała się skupić na rozpoczęciu roku szkolnego, które zaczęło się w sumie dwie minuty temu. W końcu otworzyła drzwi od sali gimnastycznej które prowadziły na nie za duży deptak, na którym to właśnie panował wcześniej przez nią usłyszany hałas. Stanęła obok w sumie nie wiadomo kogo i czekała, tak jak reszta zgromadzonych (obserwując ich uznała, że właśnie to powinna zrobić). Cała ta uroczystość w ogóle jej się nie podobała, nie słuchała nic, a nic z tego, co mówił dyrektor... Usłyszała tylko niewielkie fragmenty, takie jak "powinniśmy szanować inność", coś o tolerancji i tego typu bzdety; w sumie domyśliła się, że mogło mu chodzić o nią, ale miała to gdzieś. Chciała już stąd iść, gdziekolwiek.
— Wychowawcą pierwszej "a" jest pani Justina, cała klasa pierwsza "a" proszona jest o podążanie za swoją wychowawczynią! — krzyknął dyrektor, próbujący przekrzyczeć szemranie wśród uczniów. Dia rozejrzała się, po czym widząc, że jej nowa klasa opuszcza to miejsce, pognała za nimi ciągnąc walizkę, której oczka mrugnęły kilkakrotnie. Parę z nich wywróciło nawet ślepiami na rozkojarzenie właścicielki owego bagażu, ta jednak nic w dalszym ciągu sobie z tego nie robiła. Pięciooka wbiła swe przenikliwe spojrzenie w podłogę, nie podniosła głowy nawet na chwilę; miała w końcu nie zwracać na siebie uwagi, racja? Nerwowo zakołysała końcówką czarnego ogonka. W pewnym momencie, gdy już znaleźli się na drugim piętrze ich wychowawczyni otworzyła drzwi od sali lekcyjnej, w której będą mieli prowadzone większość zajęć, szczególnie tych z wychowawcą.
Zajęli miejsca.
Dia usiadła sama, nie potrzebowała nikogo do towarzystwa. "Lekcja" rozpoczęła się. Polegała tak naprawdę na tym, że najprzód pani Justina sprawdzała obecność, a osoba wywołana z początku komunikowała o swojej obecności, a następnie się przedstawiała. Króliczyca nie słuchała. Po co? I tak prędzej czy później pozna tych, których będzie chciała poznać; reszta nie ma dla niej najmniejszego znaczenia.
— Briggie Kudnik, jest?
— Nie ma, proszę Pani... Jest chora. — ktoś z tylnych ławek odpowiedział na pytanie starszej wilczycy, która zadowolona z odpowiedzi przeszła do dalszego sprawdzania obecności... A także przedstawiania się jej podopiecznych.
Znudzona brązowowłosa wyciągnęła zeszyt, po czym zaczęła pisać krótki wiersz. Jej twórczość nigdy nie była czymś wesołym, a każdy utwór zapisany w specjalnym przeznaczonym do tego zeszyciku był smętny, być może nawet w pewien sposób depresyjny? Gdyby tylko ją to obchodziło... Nie wiedziała w sumie nawet co pisze — pisała byleby pisać, tym bardziej, że nic stąd i tak nie przykuło jej uwagi w jakikolwiek sposób, a poezja była jedynym wyjściem od panującej nudy. Słyszała jak przez mgłę odgłosy odsuwanych krzeseł, czyjeś słowa, głos nauczycielki... Nic szczególnego. Nic wartego jej uwagi. W tej chwili ważna była tylko ona, jej myśli, długopis trzymany w jej prawej dłoni oraz notesik, w którym zapisywała kolejne słowa. To prawda, że zdążyła trochę pokreślić, bowiem nie podobały jej się niektóre wersy, jednakże zawsze i tak na początku pisała "na brudno". Nowy wiersz był zdecydowanie krótszy od pozostałych, a brzmiał jakoś tak:
Kimże jest to dziewczę w czarnej sukience?
Po twarzy jej łzy spływają, pocięte ma ręce
A jednak do mnie uśmiecha się przemiło
I tylko jakby jej oczy coś przymgliło
Widać, że z ciężkim bólem serca się boryka
Głowę pokornie schyla, drży jak osika...
Aż żal jej się robi od samego patrzenia
Lecz ona sama zerka na mnie niechętna
Pytam ją zatem — jak ci na imię?
Odpowiedź — głucha cisza. I tak trzecią zimę
Lecz czemuż mam się dziwić?
Jeszcze nie widziałam lustra, które
Umie
Mówić.
Była całkiem zadowolona z tego, co nabazgrała... Nie było to jakieś zachwycające, miała parę lepszych, a rymy w tym tutaj były często zbudowane ze słów podobnie do siebie brzmiących, a nie kończących się tak samo, jednak... Był ładny, bo był prawdziwy. Nawet się trochę uśmiechnęła, kiedy to wgapiała się w zapisaną kartkę papieru.
— Dia Belska? — czyżby ktoś ją wołał? Ale po co... To bez sensu. Pięciooka nawet nie uniosła swojego spojrzenia na wychowawczynie. "Mam ją niby szanować? Dlaczego? Co niby zrobiła takiego, że należy jej się mój szacunek? Mam się słuchać? Im dłużej słucham tego, co mają do powiedzenia, tym bardziej mam ich wszystkich dość; nie chcę słyszeć ani tych niedojrzałych dzieciaków, ani Pani Dorosłej. Czy fakt, że urodziła się wcześniej, czyni ją lepszą od nich? Lepszą ode mnie? Po co mam się przedstawiać? I tak żadne z nich nie będzie słuchać. Bo niby jaki w tym sens, mówić o sobie cokolwiek?" myślała, wciąż trzymając w dłoni długopis, którym zaczęła nieco nerwowiej ruszać. — Dia Belska? — pytanie zostało jednak powtórzone, natomiast brązowowłosa mocniej ścisnęła przedmiot, który trzymała w dłoni; przestała nim nawet wymachiwać, choć robiła to jeszcze krótką chwilę temu. "Nie dasz mi z tym spokoju, prawda?".
Króliczyca niechętnie podniosła głowę, po czym spojrzała na swoją wychowawczynię. Westchnęła głośno, jednakże wstała ze swojego miejsca tak, że krzesło na którym siedziała runęło głośno na ziemię. — Tia, jestem. Moje imię to Dia Belska, lat szesnaście, znak zodiaku ryby. Pochodzę ze Świata Chaosu, do Świata Praw i Zasad przybyłam by się czegoś od was, ekhem, "nauczyć". W wolnym czasie piszę wiersze, czytam książki, rysuję, jeżdżę na klynxach i obserwuje innych. Jestem prawdopodobnie "nienormalna". Nienawidzę życia. Nienawidzę wszystkich. Nienawidzę dużo mówić. Tyle powinno wystarczyć. — mówiąc to, poprawiła krzesło i usiadła na nim. Była w sumie ostatnią osobą, która powinna się przedstawić, dlatego też nie musiała czekać już dłużej na koniec tej dziecinady. Teraz tylko czas poznać nowe "mieszkanie" oraz współlokatorkę. Dia Belska odetchnęła z ulgą gdy pani Justina pozwoliła swoim wychowankom rozejść się do domów oraz internatu.

~~~

Tytuł następnego rozdziału:
"Nic mnie tutaj nie zaskoczy"
Ale... Czy aby na pewno?


Ostatnio zmieniony przez Dia dnia Sob Maj 05, 2018 11:45 am, w całości zmieniany 2 razy
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Dia

avatar

Liczba postów : 16
Zamieszkanie : Dom w lesie
Praca/Zawód : Kasjerka
Ekwipunek : Czerwono-żółte rogi, telefon, pamiętnik i zdjęcie obiektu westchnień
Join date : 25/04/2018

PisanieTemat: Re: Głupi psychiczny stalker... Może za jakiś czas opowiadania    Czw Maj 03, 2018 8:04 pm



♠Nic mnie już tutaj nie zaskoczy♠


Chociaż upłynęło tak niewiele czasu, Dia czuła się już wystarczająco zmęczona całym tym dniem — najpierw noc, podczas której się nie wyspała, następnie śniadanie w „rodzinnej“ atmosferze, przyjazd do tego Świata, niepotrzebnie wydłużona uroczystość rozpoczęcia roku szkolnego, aż w końcu równie bezsensowne przedstawianie się przed wszystkimi. Była pewna, że i tak nikt nie słuchał tego, co miała do powiedzenia; znając życie skupili się na tym, jak wygląda, a musiała przyznać sama, że znacznie odstawała od reszty... Nieważne, czy w pozytywnym czy negatywnym znaczeniu, skoro i tak jest zwyczajnie „Inna“. To było właśnie tym, przed czym przestrzegał ją ojciec. Była czymś świeżym, czymś niepojętym dla normalnych i znudzonych mieszkańców Citier City, można by powiedzieć, że czuła się jak nowa atrakcja w jakimś cyrku bądź też zoo — nieważne. Nastolatki ne obchodziło to, co pomyśli o niej którykolwiek z uczniów, a jednak obawiała się tego, że i tutaj nie znajdzie miejsca dla siebie, dokładnie tak, jakby nigdzie nie należała. Wystarczyło jej to, że już we własnym wymiarze czuła się niezrozumianym przez nikogo wyrzutkiem, najgorszym odpadem społeczeństwa niezdolnym do funkcjonowania. Nie raz jej rodzina nazywała pięciooką niekompletną. Nawet wtedy, gdy skrzętnie to przed nią ukrywali, między sobą szeptali w ten sposób na jej temat. Dia nie była w stanie tego pojąć — co to znaczy być niekompletnym? Czy to coś złego? Jeżeli nie mówią o tym na głos, to pewnie się tego wstydzą... Ale dlaczego? Co sprawia, że ktoś jest „kompletny“? Będąc młodą i naiwną, próbowała pytać dorosłych, lecz ci nigdy nie odpowiadali na jej pytania. Dlatego właśnie przestała je z biegiem czasu zadawać, a rodzice zaczęli milczeć, bądź poprostu lepiej się ukrywali ze słowami, które nie były przeznaczone do usłyszenia dzieciom takim, jak właśnie Ona. W pewnym momencie swojego życia przestała myśleć i śnić o swojej niekompletności — myśli czerwonookiej nie błądziły już wokół niezrozumiałych wyrażeń, które i tak przestała słyszeć, zaczęły być poprostu puste. Zaakceptowała fakt, że jej istnienie skrywa tajemnicę, której sama nie była w stanie pojąć, a którą rozumiał każdy kto ją otaczał — każdy dorosły. Czasem pytała swoich rówieśników ze Świata Chaosu, czym jest niekompletność... Ci jednakże również nie wiedzieli. A mimo to, już następnego dnia przestali oni utrzymywać kontakt z brązowowłosą; Dia domyślała się tego, że może to mieć związek z tym niejasnym dla niej słowem, bowiem nic innego nie wskazywało na to, by ich relacje miały się popsuć. Ale czy ona się tym przejęła? Wydawała się być tak obojętna, tak chłodna na to wszystko, że ciężko było powiedzieć, czy kierują nią jakieś emocje... Czy poprostu ma talent do ich ukrywania. W końcu zrozumiała — to była jej klątwa, kara za to, że żyje. Wciąż jednak nie miała pojęcia — czemu akurat ona? Nie pytała, bo doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że nikt nie udzieli jej odpowiedzi; żyjąc w niewiedzy nauczyła się tego, że czasem jednak lepiej jest nie wiedzieć. Oczywiście nie zawsze, ale króliczyca przestała chcieć rozumieć co dla niej niezrozumiałe, a przynajmniej na jakiś czas... Myśląc o swej niekompletności stawała niejednokrotnie przed lustrem i wpatrywała się w nie, szukając w swoim odbiciu czegoś, co wyróżnia ją spośród reszty. Fakt, że antropomorficzne bestie różnią się między sobą na wiele możliwości, jedna rzecz jednak jest wspólna — rogi. Każdy w Świecie Chaosu je posiadał; miały one różną wielkość, liczbę, kolor, a nawet umiejscowienie (w większości jednak znajdowały się na głowie). Zaś rożki Dii były... Niewielkimi wyrostkami, które nie dość, że były między sobą niesymetryczne, to jej gęste włosy przykrywały je całkowicie tak, iż wydawałoby się na pierwszy rzut oka, że ich nie posiada. Był to chyba największy kompleks bestyjki i męczył ją przez wiele lat. Właściwie to do teraz się go nie pozbyła, aczkolwiek nie czuje się przez to aż tak bardzo gorsza od pozostałych; odkryła, że dzięki temu jest charakterystyczna, nie jest tak szara jak reszta tłumu i jest poprostu Inna. Nie miała pojęcia, czy jej inność miała coś wspólnego z byciem nie do końca kompletną, ale przestało ją to interesować — nie szukała już na upartego odpowiedzi.
Właśnie dlatego miała cichą nadzieję, że jednak będzie w jakiś sposób w stanie wmieszać się w nową klasę, z którą spędzi trzy lata swojego i tak głupiego życia. Co prawda na pierwszej „lekcji“ nie przyglądała się nikomu ze szczególną uwagą, jednakże kiedy to opuszczali klasę, postanowiła poczekać aż wszyscy wyjdą; w tym samym czasie króliczyca miała czas, by się im przyjrzeć. Większość z nich wyglądała nudnie — jakiś krokodyl, niska, brązowowłosa fenka, biała lisica polarna z kręconymi, brązowymi włosami, czarnowłosy kruk, wysoka hiena o ciemnych, prostych włosach, jakaś krótko obcięta papużka z włosami koloru blond,... Żadne z nich nie przykłuło jej uwagi. Żadne, poza jednym z chłopaków. Wychodził ostatni, przepuścił chyba każdą idącą za nim dziewczynę, a nawet niektórych kolegów. Widać było po nim, że zna większość tutejszych osób, sprawiał również wrażenie kogoś otwartego na nowe znajomości. Był wysoki, niesamowicie chudy i całkiem ładny; miał jasnobrązową sierść, a także kręcone włosy, których kolor przywodził na myśl czerń, choć ciężko było zidentyfikować ów barwę. Ubrany był elegancko i prędko wpadł Dii w oko, choć ta nie dostrzegała w nim niczego niezwykłego poza urokiem osobistym, którego ciężko było mu odmówić. Długi puchaty ogon również był tego samego koloru co reszta jego ciała, jednakże końcówka była czarna, tak jak jego dłonie oraz palce od tylnych łap. Ze wszystkich zwierząt na świecie najbliżej mu było do wilka, albo przynajmniej do czegoś, co to zwierzę przypomina. Nastolatka przełknęła ślinę, po czym wstała ze swego siedzenia, tym razem jednak ostrożniej. Nim jednak zbliżyła się do drzwi z zamiarem obadania go z bliska, wilczyska już nie było — wyszedł, tak jak wszyscy inni. Westchnęła głośno, po czym schylając głowę uciekła z sali; nie chciała konfrontacji z nauczycielem już pierwszego dnia, a że przez jej odmienny wygląd mogła wzbudzać sensację, to nie była tak przeźroczysta jakby tego chciała. Na szczęście nie została powstrzymana przez wychowawczynię i błyskawicznie wybiegła z pomieszczenia na korytarz. Znajdowała się na drugim piętrze, tak jak wcześniej, co było dla niej nowością; w Świecie Chaosu nic nie miało swojego stałego miejsca i tak naprawdę wchodząc przez drzwi znajdujące się na pierwszym piętrze, a następnie wychodząc przez nie jakąś godzinę później istniała możliwość, że... Wyląduje się na szóstym. Cóż, ta rzeczywistość różniła się znacznie od tej, w której na co dzień żyła Dia, aczkolwiek bestyjka postanowiła nie przejmować się tym, co widzi. No bo w końcu, to mieli na myśli jej rodzice, kiedy to opuszczała dobrze sobie znane strony — nie spodziewała się po Świecie Praw i Zasad chociaż jednej takiej samej rzeczy, a zaskoczenie sprzed, być może godziny — minęło, bowiem brązowowłosa zdążyła się oswoić ze swoim położeniem. Fakt, nie miała za dużo czasu by zaakceptować panujące tutaj realia, ale naprawdę się starała. Poza tym, ogarnęła ją dziwna fascynacja tą rzeczywistością, a także chłopakiem, którego ujrzała w sali lekcyjnej; wywarł na czerwonookiej dziwne, acz pozytywne wrażenie, którego nie była się w stanie wyzbyć. Chcąc nie chcąc, powracała myślami do jego wykrzywionego w uśmiechu pyszczka, co wywoływało w niej... Gniew? Cóż, nie była w stanie inaczej określić tego, co czuła, dlatego uznała, że to określenie pasuje tutaj idealnie. Nie chciała już w sumie o niczym myśleć, a jej jedyną zachcianką w tejże chwili było odespanie minionych wrażeń, dzięki czemu w jakiś sposób mogłaby nad sobą zapanować... Co tam jeszcze mówili mama i tata?... Coś o jakichś prawach, regulaminie, zakazach i nakazach... Tak, Dia obiecała zająć się tą lekturą, jednakże po cholere robić to pierwszego dnia tutaj? Narazie i tak nie ma zamiaru się wychylać — teraz byłoby to niebezpieczne.
Ciągnąc za sobą czarną walizkę rozmyślała nad swoim dotychczasowym życiem w tym miejscu — było zbyt wcześnie by móc je ocenić, jednakże nie widziała sensu w czekaniu na to „co będzie dalej“ by móc wysnuć prawidłowe wnioski. Nazwijmy to pierwszym wrażeniem, którego doświadczyła Dia; o dziwo Świat Praw i Zasad póki co przypadł jej do gustu. Było to coś zupełnie odmiennego od dziwactw z którymi miała styczność w Świecie Chaosu i choć brakowało brązowowłosej wszechogarniającego szaleństwa, tego Bezprawia i nieposłusznego życia, to normalność której zaznała była... Milsza od obrazów zwyczajności wykreowanych w jej umyśle. Większość osób, które minęła była szara i nijaka, a do tej pory spodobał się nastolatce tylko jeden z mieszkańców tego wymiaru. Niestety nie kojarzyła imienia i nazwiska wilka, co sprawiło, że aż pożałowała tego, iż nie słuchała ani przez chwilę swoich kolegów z klasy. — Posłucham następnym razem. W końcu będę z nim i tak chodzić do klasy, racja? Jeszcze nie raz usłyszę jego imię i nazwisko... Zresztą, cholera, czemu to mnie tak w ogóle ciekawi? — pomyślała, szybko karcąc się w myślach za, po pierwsze — swoje roztargnienie, po drugie — myślenie o KIMŚ. W końcu jest tutaj nie dla rozrywki, a z rozkazu swoich rodziców, dlaczego więc myśli o czymś tak niedorzecznym i głupim, jak istnienie tego szesnastolatka? Wściekła na samą siebie nieco gwałtowniej pociągnęła swój czterokołowy bagaż, którego oczka zatrzęsły się na tak gwałtowny ruch. Co prawda ciężko było to dostrzec pośród tak wielu kręcących się osób, jednak ktoś spostrzegawczy mógłby przyuważyć, że Dia znacznie silniej ścisnęła rączkę walizy, zatrzymała się centralnie przed schodami, przygryzając wargę pochyliła już i tak schyloną łepetyne. Antropomorficzne zwierzęta wymijały ją bez słowa, ale część z nich rzucała ciekawskie spojrzenia, a ci co bardziej wścibscy — odwracali się za siebie by ją zobaczyć. Wszystko wydawało się być tak piękne, aż do tej chwili gdy właśnie poczuła, że prawdopodobnie i tutaj nie znajdzie dla siebie choćby najmniejszego kąta. I znów poczuła się tak bardzo obca, tak straszliwie odległa od nich wszystkich, tych szarych, zwyczajnych nastolatków, którzy spotykają się z czymś tak nienormalnym jak Ona po raz pierwszy. Nie posiadała prawa choćby na chwilę myśleć, że będzie inaczej; jedyną szansę na akceptację dysponowała w świecie z którego pochodziła, a który jej tej aprobaty nie dał. Odrzucona przez życie i z tak naprawdę własnego wyboru zwolniła, robiąc krok na przód; pierwszy schodek, chwila zamyślenia, drugi schodek. I tak przez całe jej schodzenie — z drugiego na pierwsze piętro, a następnie parter. Obrzuciła panią sprzątaczkę niemiłym spojrzeniem, po czym bez „do widzenia“ pchnęła drzwi wejściowe szkoły. Pierwsze, co poczuła na zewnątrz to to samo ciepło które powitało ją w owym wymiarze; słońce prażyło niemiłosiernie, a niebo było błękitne (nie różowe) i bezchmurne. Temperatura nie przeszkadzała króliczycy, tak naprawdę to wręcz przeciwnie — grzejąc swój pyszczek czuła się przecudownie. Zresztą była przyzwyczajona do gorąca; tam skąd przybywała ciężko było o inną pogodę, zazwyczaj panował przyjemny letni klimat, a w najgorszym wypadku wiosenny. Młoda Belska zaczęła przyglądać się wszystkim zwierzakom, które tak jak i ona opuszczały wielką budowlę w celu odmaszerowania do swoich mieszkań, ewentualnie do znajdującego się z lewej strony od liceum szkolnego internatu. Właściwie to również brązowowłosa powinna była do niego iść i się zameldować, ale — co było po niej widać — nie śpieszyła się. Zamiast tego usiadła na jednej z ławeczek znajdujących się przed żółtym budynkiem i westchnęła ciężko, leniwym spojrzeniem pięciu oczu podążając za jej mniej-więcej rówieśnikami. Zdążyła już wypatrzyć pare szkolnych parek, które po lekcjach, a nawet w ciągu przerw liżą się po kątach — nie doświadczyła tego rzecz jasna, jednakże po ich zachowaniu można było wysnuć właśnie takie spostrzeżenia. Wyłapała z tłumu również elitę, która trzymała się tylko ze sobą i z nikim więcej — ich mimika ciała oraz dobrze zauważalna pewność siebie sprawiała, że wywoływali w Dii takie, a nie inne refleksje. Żadna z sylwetek nie była jednak podobna do antrobestii — gatunku Belskiej — nie posiadali ani rogów, ani wielu patrzałek, ani też paru rąk czy ogonów. Jak to ujął Andrew, ojciec króliczycy, wszyscy byli całkowicie normalni, brakowało im odznaczającego się na ich twarzach szaleństwa, nie byli żywymi personifikacjami najrozmaitszych chorób psychicznych. Fakt ten w żaden sposób nie spodobał się Dii, choć nie miała ona najmniejszego wpływu na to w jaki sposób zachowują się jej rówieśnicy; w końcu w tej rzeczywistości wszystko się kompletnie różni od tego, czego przez wiele lat miała okazję doznać w rodzinnych stronach. Pokręciła głową, mrużąc oczy i doszukując się czegoś interesującego w przechodniach, niestety nie znalazła niczego, co byłoby dla niej niezwykłe w tejże przyziemności, a już myślała, że ten świat ją mocno zaskoczy. Spodziewała się tego, że będzie przeciwieństwem codzienności, którą przeżywała każdego dnia w Chaosie, żywiła jednak wielkie nadzieje co do tego wymiaru — pragnęła tego, by zaskoczył ją jeszcze bardziej. Niebieskie niebo, zielona trawa, jedno słońce na niebie... Te parę rzeczy było czymś nadzwyczajnym, acz krótkotrwałym i do tego faktu już powoli bo powoli, ale zaczęła się przyzwyczajać. — A już myślałam, że dla odmiany polubię ten świat. — Uświadomiła to sobie w miarę niechętnie, dodatkowo zdziwiła się, że faktycznie było tak, jak w jej myślach. Nie widząc sensu w dalszym siedzeniu w miejscu wstała i ruszyła już w prawidłowym kierunku — do „akademika“.
Był on połączony ze stołówką; właściwie to musiała najprzód przejść obok szkolnej restauracji, wejść po trzech szerokich schodkach, a następnie kierując się do przodu znów wspiąć się, tym razem po większej ilości, stopni. Kolejnym krokiem było przejść przez krótki korytarzyk, skręcić w prawo, ponownie pokonać ze cztery „poziomy“, aż w końcu znalazło się na miejscu. Teraz tylko wystarczyło udać się do otwartego pokoiku aktualnego opiekuna internatu, zakomunikować o swoim przybyciu, przedstawienie się i właśnie wtedy dostawało się numer pokoju oraz klucz do niego... No chyba, że pomieszczenie to zostało już wcześniej odkluczone przez kogoś nazywanego „współlokatorem“. Rodzice mówili króliczycy o tym, że raczej niemożliwym jest, by mieszkała sama i że napewno oprócz niej w tymczasowej sypialni pięciookiej będzie mieszkał też ktoś inny — właśnie tą osobą jest lokator. Wizja dzielenia się prawie wszystkim nie podobała się Dii, dlatego trzymała kciuki za to, że dostanie osobny pokój... Niestety coś takiego nie miało miejsca.
— Jeżeli będziesz chciała wyjść, musisz najpierw powiadomić o tym mnie lub innego dyżurującego opiekuna, dobrze? W razie jakichś zażaleń i problemów możesz się z nimi zwracać do mnie. — powiedział uprzejmie Pan w okularach przypominający nieco pandę. Miał on czarne krótkie włosy, a także czekoladowe oczy, którymi wpatrywał się nieco zaciekawiony w nastoletnią bestyjkę. — Ach, twój pokój to 13. Nie potrzebujesz klucza, drzwi od tego pomieszczenia zostały już otworzone z samego rana przez twoją sublokatorkę. O ile się nie mylę, jest to Briggie... Tak, tak... To ona. Briggie Kudnik... Mam nadzieję, że się między sobą dogadacie.
— Też mam taką nadzieję... — mruknęła pod nosem, po czym obróciła się do wyjścia. Przekroczając próg pokoiku przypomniały jej się słowa matki: „Bądź grzeczna — mów przepraszam, dziękuję, dzień dobry i do widzenia“. Dia wręcz mechanicznie odwróciła się do starszego mężczyzny i w taki sam sposób dodała: — Dziękuję za pomoc, proszę pana. Do widzenia.
Nie siliła się już nawet na udawany uśmiech, poprostu uciekła tak szybko, jak się tam znalazła. Dobrze, że rodzicielka dała jej wskazówki gdzie iść; sama się raczej by nie połapała w tym miejscu, wydawało się ono czerwonookiej poprostu... Dziwne. Nie świrnięte jak to się zdarzało w niektórych hotelach z Świata Chaosu, ale w taki pospolity sposób głupie i niezrozumiałe dla tej obłąkanej duszyczki. Na szczęście szukanie numeru było czymś banalnie prostym i wykonalnym nawet z jej poziomem ogarniania tutejszego życia — do drzwi ponaklajane były etykietki z krzywo namalowanymi, aczkolwiek czytelnymi liczbami. Dla bestyjki korytarz ten wydawał się przeraźliwie długi, bowiem szła, szła i szła... Przyglądała się jednym, a następnie drugim wejściom do pomieszczeń, ale na żadnym z nich nie dostrzegła trzynastki. — Trzynaście to duża liczba, więc raczej minie trochę czasu. — króliczyca postanowiła myśleć w racjonalny sposób. W końcu opłaciło się to jej i w pewnej chwili przyuważyła jedynkę obok której stała cyfra trzy — razem dawały „13“ choć przerwa między nimi była większa niż w przypadku poprzednich dwuliczbowych numerów. Jako, że mowa była o tym, że oprócz niej za tymi drzwiami mieszka jeszcze druga osoba... Przystanęła na dłuższą chwilę. Była tak blisko swego celu, jednakże czuła pewien, może nie tyle niepokój, co zwyczajne uczucie stresu. Już zaczęła wyzywać w myślach swój Los, gdy w końcu odważyła się na to, by nacisnąć klamkę... Nie usłyszała jednak klik. Nie otworzyły się one automatycznie, co także zaskoczyło dziewczynę. Spróbowała nacisnąć na gałkę po raz drugi i po raz trzeci, ale i to nie przyniosło skutku. Już miała się w sumie poddać, uważając uchwyt za popsuty, kiedy to zza drzwi dobiegł ją czyiś rozbawiony głos:
— Naciśnij i popchnij.
Dia na moment przestała się szamotać z klamką. Nie widząc jednak innego rozwiązania niż posłuchanie się głosu z wewnątrz, postanowiła dostosować się do usłyszanej rady. — W ten sposób? — Spytała dociskając ucho drzwi w dół, a następnie pchając w kierunku środka. — To chyba nadal nie działa...
Tym razem usłyszała śmiech. Zdezorientowana i zawiedziona mruknęła: — Pierwszy raz korzystam z tego typu drzwi, okej? Tak właściwie to, ehh, nie jestem stąd. Powiem to lepiej teraz, bo i tak za jakiś czas byś się tego dowiedziała, ale w każdym bądź to razie...
— Zrób to co wcześniej, tylko pociągnij do siebie. — poinstruowała ją druga dziewczyna, która miała najwidoczniej ubaw z przedstawienia, które odstawiała Dia.
— Skoro moje otwieranie tych pieprzonych drzwi tak bardzo cię śmieszy, to czemu nie przyjdziesz i sama tego nie zrobisz? Bardzo byś mi w ten sposób pomogła, byłabym Ci cholernie wdzięczna. — bestyjka zaczęła narzekać, ale ponowiła próbę i tym razem o dziwo udało jej się uchylić wejście do pokoju. — I prawdopodobnie byłoby dużo szybciej.
— Powiedzmy, że lubię się pośmiać. — dziewczyna z którą przez te, być może dwie minuty, brązowowłosa „rozmawiała“ ponownie odezwała się. Tym razem też zakasłała w dłoń; było słychać, że nie czuje się najlepiej i że jest nieco przeziębiona. Kiedy to pięciooka niepewnie weszła do środka, wciąż patrząc pod nogi, Briggie poderwała się z łóżka. Tak naprawdę to zmieniła pozycję z leżącej na siedzącą, czuć było jednak, że coś towarzyszkę antropomorficznej bestii zaskoczyło. W końcu i Dia wbiła spojrzenie swych pięciu oczu we współlokatorkę... W tym też momencie poluzowała uchwyt na ruchomej walizce i to całkiem bardzo, bowiem rączka bagażu wyślizgnęła jej się z dłoni i upadła z impetem na podłogę. Dziewczyny wpatrywały się w siebie przez jakiś czas, obie niezdolne do wypowiedzenia jakichkolwiek słów — Dia w końcu zrozumiała dlaczego "Briggie" wydało się jej znajomym imieniem, kiedy to w pośpiechu przyglądała się spisowi uczniów klasy do której będzie uczęszczać od dnia dzisiejszego. Wzięła głębszy oddech. Tak dawno nie widziała swojej przyjaciółki z lat dziecięcych, że wręcz zapomniała, jak ona wygląda. Brigg była taka, jaką ją zapamiętała — była kotem o beżowej sierści, zielonych, dużych ślepiach oraz prostych, rudo-brązowych włosach. Poza tym, jej głowę zdobiły dwa zielone rogi zawinięte lekko do środka, jaskrawe (również zielonkawe) skrzydła oraz długi, puchaty ogon pokryty futrem takiej samej barwy co różki oraz oczy. Przez ten czas znacznie wydoroślała i nabrała figury, w przeciwieństwie do Dii, która nadal miała mało kobiece kształty (poza biodrami, które w sumie miała całkiem szerokie). Choć stara kumpela pięciookiej znajdowała się w pozycji siedzącej, widać było, że jest tego samego wzrostu co kiedyś — dokładnie 162 centymetrów, o ile Die nie zawodzi pamięć; tak właściwie to tyle samo, co ma (bez uszu) króliczyca. Z uszami rzecz jasna wychodzi więcej, bowiem dodają one zmutowanemu królikowi aż 15 centymetrów. W końcu Belska wyszczerzyła się w kierunku kotki swymi ząbkami, które króliczych nie przypominały (cóż, miała stożkowate kły). Briggie spróbowała się podnieść z łóżka; wyszło jej to topornie, ale czerwonooka nie powstrzymywała skrzydlatej. Nią samą targały silne emocje, było tak wiele do obgadania, tak wiele pytań do zadania! Zostawiając na ziemi walizę podbiegła do rogatej, by móc ją objąć. Nie trwało to jednak długo; towarzyszyły im miłe wspomnienia oraz uczucia związane z tą drugą, ale wciąż było też masę pretensji — szczególnie Dii do Briggie.
— Czemu tak długo cię nie było? Co się wtedy z tobą działo? — roztrzęsiona przez nerwy wręcz wykrzyczała te pytania; nie dlatego, że była zła na Bri, raczej przez to, że się o nią martwiła. Od kiedy tylko sięgała pamięcią kotowata była jedynym dla niej wsparciem w ciężkich chwilach i tylko ona była w stanie pojąć popieprzony umysł pięciookiej; nic więc dziwnego, że Belskiej aż tak bardzo zależało na towarzystwie drugiej szesnastolatki. Pięć drżących ślepi z wyczekiwaniem wpatrywało się w twarz zielonookiej. Dia rzadko kiedy okazywała tak wiele emocji na raz i tak naprawdę niewiele osób było w stanie doprowadzić ją do takiego stanu, do jakiego doprowadziła ją przyjaciółka. Tak właściwie to część z nich nie była nawet w pełni świadoma tego, jak wiele dla niej znaczą, co prawdopodobnie było spowodowane jej codzienną postawą odseperowanej od wszystkich dziwaczki. To fakt, że zawierała w porównaniu do reszty rówieśników mało znajomości i często zdarzało się również tak, iż nie była w stanie ich utrzymać. Źle działało to na nią i na jej samopoczucie, aż w końcu doprowadziło do stanu w którym przestała szukać nowych przyjaciół. Relacja z Kudnik przetrwała wiele lat i mimo trwającej około rok rozłąki wciąż czuła, że rogata jest kimś dla niej bliskim; poprostu nie była w stanie czuć tego inaczej. — Znikłaś tak nagle... Naprawdę myślałam, że to koniec. A teraz jesteś tu! Dlaczego? Jak długo?
Briggie milczała. Zacisnęła swe ręce na kołdrze, po czym poprostu w pewnym momencie zaczęła mówić. — Przeprowadziłam się do Hedenberh; to na północ od Silii. Próbowałam się odezwać, ale oczna poczta nie funkcjonuje w tamtej części Świata Chaosu, dlatego poprostu się poddałam. Mama powtarzała, że za jakiś czas wrócimy, kiedy będzie po wszystkim. To z jej powodu musiałam opuścić Silię — Briggie skierowała spojrzenie swych zielonych patrzałek na Dię — a właściwie z powodu jej choroby. W Silii nie ma żadnych zasad, ani też szpitali, więc jeżeli jesteś zbyt słaby, poprostu umierasz. Hedenberh również kieruje się bezprawiem, jest jednak łagodniejszy dla chorych oraz tych, którzy gorzej radzą sobie z życiem... Przez jakiś rok zmagaliśmy się z tym, bezskutecznie. Choroba co prawda nie postępowała, ale też nie ustąpiła. A kiedy po Świecie rozeszła się wieść o wyrwach do innego wymiaru, które pokazały się w niektórych częściach Chaosu... Chcieliśmy jechać do Silii, bowiem tam zakłócenia wydały się być największe i najbardziej pewne, jednak w sąsiedniej wiosce częstotliwość pojawienia się dziury zwiększyła się. Ruszyliśmy więc w kierunku Dementer, była poprostu bliżej... I o dziwo trafiliśmy tu. Być może każda z Nich prowadzi do Citier City? Nie wiem. Pierwotnie udaliśmy się do szpitala mając nadzieję, że medycyna w tym miejscu jest lepiej rozwinięta. Całe Prawo i Zasady mam wrażenie, że dysponuje lepszą technologią i warunkami do życia. Niestety potrzebne są nam pieniądze, dlatego mój ojciec znalazł tu pracę... Nie płacą najlepiej, ale póki co wystarczająco. Wyczytałam, że szkoła może być dla mnie możliwością i dzięki niej będę mogła znaleźć „lepiej“ płatną robotę od taty. Przepraszam, poprostu... Nawet, jeżeli nie jesteśmy normalni w świetle panującego tutaj prawa, to wciąż chcemy żyć lepiej niż do tej pory. Chaos nam nie zapewni godnego życia. I wiesz co? Mam zamiar tu żyć, choćbym do śmierci miała nosić łatkę dziwoląga i świra. Bo tutaj jest poprostu wygodnie.
Dia spojrzała w bok. Doskonale znała Briggie i wiedziała, że nie należy ona do osób, które z łatwością dzielą się swoimi przeżyciami. Kiedy kotowata decydowała się na coś takiego jak opowiedzenie komuś sekretu, był to znak, że bardzo tej osobie ufa. Momentami brązowowłosa czuła się dumna z bycia przyjaciółką tej okrytej tajemnicami nastolatki, czasem jednakże była tym samym faktem rozdrażniona — myślała, że nie jest godna tych paru niby nic nieznaczących słów i właśnie tym przejmowała się chyba najbardziej. — Przykro mi. Nie wiedziałam, że to coś tak poważnego, bo nie raczyłaś mi o tym powiedzieć. Ale rozumiem, że niefajnie mówi się o takich rzeczach i wielkie dzięki, że zrobiłaś to teraz. Tak w sumie to nawet cieszę się, że moją lokatorką jest ktoś, kogo znam. To była całkiem miła niespodzianka, kiedy ciebie zobaczyłam... Słyszałam, że jesteś chora?
— Tak, ale tylko trochę. — Briggie kiwnęła głową. — To nic poważnego, naprawdę. Tutejsza atmosfera trochę dziwnie na mnie działa, ale to wszystko; poprostu jeszcze nie zdążyłam się przestawić na to otoczenie, te pyłki, powietrze... Jak... Jak minęły pierwsze zajęcia z wychowawcą?
— Było tak szczerze średnio. Nie uważałam, bo nie działo się nic ciekawego... Każdy poprostu się witał i mówił parę słów o sobie. A, właśnie! — króliczyca zmieniła nieco ton głosu, dzięki czemu można było domyślić się, że coś pochłonęło jej myśli, jednocześnie ekscytując pięciooką. — Briggie, znasz może ludzi stąd?
— Tylko parę osób. Stało się coś?
— Kojarzysz może takiego wysokiego wilkopodobnego chłopaka, chodzi z nami do klasy i ma kręcone włosy... Czy ten opis coś ci mówi może? — Dia z nutką nadziei w głosie postanowiła zapytać przyjaciółkę o młodego prawdopodobnie mieszkańca tego miasta. — Zrozumiem, jeżeli nie, sama nie mam pojęcia jak mu na imię... Właśnie dlatego pomyślałam, że może ty...
Na pyszczku Briggie pojawiło się zamyślenie; odpowiedzi szukała prawdopodobnie w miejscu, gdzie zwykle takie bezużyteczne myśli trafiają, czyli w najgłębszych odmętach pamięci. — Na tą chwilę nie mogę sobie przypomnieć. Też go widziałam i wiem o kogo pytasz, ale nie jestem w stanie skojarzyć ani imienia, ani nazwiska. Wiem tylko, że jest stąd i że w szkole pracuje jego ojciec. Nie wiem też który to...
Dia westchnęła. No tak, na co ona mogła liczyć? Przecież to niemożliwe, żeby kotowata zdążyła go poznać — była tu nieco dłużej od niej, ale nie aż tak długo, by zaznajomić się z istotami żyjącymi w tym wymiarze. — W porządku. Dzięki i tak. — mówiąc to wstała od łóżka koleżanki, podniosła piętnastooką walizkę i zbliżyła się do swojego. Legowiska były rozstawione równolegle do siebie, tej samej wielkości, a także pościelą w takie same wzorki z jedną różnicą; posłanie Dii było jeszcze nietknięte. Koniec końców na nim usiadła, po czym chowając rączkę czterokołowego bagażu rozpięła go i zaczęła opróżniać. Wyjęła wszystkie ciuchy, szczoteczkę do zębów, pastę oraz parę drobnych dupereli, które zabrała raczej z sentymentu niż dlatego by miały się jej w jakiś sposób przydać. — Gdzie to wszystko schować...? — spytała niepewnie, na co Briggie bez słowa wskazała dużą drewnianą szafę. Cóż, nie była tak ekstrawagancka jak te z Świata Chaosu, aczkolwiek Dia nie narzekała; była wystarczająco duża, by pomieścić zarówno ubrania rogatej, jak i pięciookiej. Poza tym posiadała przedzielenie tak jakby na pół, dzięki czemu jedna miała swoją odzież z prawej, zaś druga z lewej strony. — Okej.
— Co robimy teraz? — zagadała Bri, która w końcu zwlekła się ze swojego łóżka. — Mamy masę czasu wolnego. Jest koło dziesiątej, jeżeli się nie mylę, więc średnio mamy jeszcze dziewięć godzin dla siebie. Chcesz pozwiedzać?
— Hę? Ach, tak, pewnie. — nieco zamyślona króliczyca pośpiesznie odpowiedziała na pytanie swojej znajomej. Była ciekawa tego, co może jeszcze tutaj zobaczyć, jednakże nie oczekiwała od tego Świata zbyt wiele; najważniejsze by nie zanudziła się tu na śmierć. — Fajnie by było zobaczyć coś więcej niż do tej pory... Mają tu klynxy?
— Masz na myśli te ogromne, skrzydlate z rogami? Niee, tutejsze klynxy są małe, puchate i urocze, a miejscowi nazywają je poprostu królikami. — zielonooka wzruszyła ramionami, po czym zmieniła zwykłą białą bluzkę na czarną koszulkę z napisem "HEDENBERH", gdzie początkowe i końcowe "H" ozdobione było w skrzydło, a do tego założyła zwykle wycieruchowe spodnie. "Szybko porzuciła Silię" pomyślała brązowowłosa, po czym sama przebrała się z czarnej tiulowej sukienki w pudroworóżową wiązaną z tyłu koszulkę na rękawach — z przodu zdobiły ją krzywo namalowane oczy, z tyłu zaś pojedyncze, nieco dokładniejsze oko. No i do tego ciemnoróżowe spodnie, bo czemu niby nie?
— Jak dobrze znasz Citier City? — odparła Dia, kiedy to zamykała swoją część szafy.
— Powiedzmy, że znam je w połowie. Nie jest to duże miasto, raczej zwykłe, małe, szare miasteczko, dlatego raz dwa obejdziemy najgłówniejsze ulice. — Briggie nawet nie zastanawiała się nad odpowiedzią. Widać było, że to miejsce chyba nie do końca przypadło jej do gustu, aczkolwiek i tak nie miały lepszego pomysłu na zajęcie od przechadzki po okolicy. — Nie ma tu za dużo atrakcji, od razu cię przed tym przestrzegam. Raczej niczego ciekawego nie zobaczymy. Ale zgaduję, że nie masz nic innego do zaproponowania...
Dia zamyśliła się. Chciałaby tak jak kiedyś móc zagrać z Bri w ich ulubione gry z lat dziecięcych, aczkolwiek zdawała sobie sprawę z tego, że obie zdążyły z nich już wyrosnąć i prędzej skrzydlata by ją wyśmiała, niż zgodziła się na to... Znaczy się, rogata była miłą osobą i młoda Belska doceniała ten fakt, a mimo to bała się, że Kudnik nie podejdzie do tego jak kiedyś... Nie była w końcu dzieckiem. I pięciooka zresztą też... A mimo to przejmowała się tym tak, jakby ta głupia propozycja miała zniszczyć ich jeszcze nie do końca stabilną relację. Spuściła wzrok pięciu oczu, walcząc z chęcią zaproponowania Briggie gry w Eksplodujące Karty. W końcu wysiliła się na sztuczny, szeroki uśmiech i przenosząc swe przenikliwe spojrzenie na towarzyszkę powiedziała z (równie udawaną) ekscytacją: — Nie, raczej nie. Możemy już iiiiść! Może wydarzy się mimo wszystko COŚ ciekawego?
Zdziwiona nagłą zmianą nastroju Dii rudo-brązowowłosa powiedziała: — Cóż, nikt nie powiedział, że Citier City nie posiada ciekawych mieszkańców... Problemem tego miasta jest fakt, że jest nudne. Znacznie nudniejsze niż Hedenberh...
— ...Bądź Silia. — wtrąciła niezbyt grzecznie bestyjka, którą rozdrażniał fakt, iż Bri pozbyła się wspomnień z Silii.
— Huh? — zaskoczona zielonooka zamrugała kilkukrotnie nie mogąc pojąć rozumowania przyjaciółki. — Myślałam, że nienawidzisz Silii. Zawsze powtarzałaś, że gdy dorośniesz to pierwsze co zrobisz, to ją opuścisz. Nie wiedziałam, że przez ten czas zmieniłaś podejście...
— Nie cierpię Silii. — zgodziła się ze skrzydlatą króliczyca, jednak już po chwili dodała swe wyjaśnienie: — Chodziło mi o nasze wspólne wspomnienia. Nic innego mnie z tamtym miejscem nie łączy, Bri. Nadal nie chcę tam być, bo czuję się tam obca, chociaż to teoretycznie mój dom... Mam tam rodzinę, której też nie potrafię kochać, a oni nie kochają mnie. Starych znajomych, którzy dawno temu mnie opuścili. To miejsce jest jak z koszmaru, ale wciąż uważam, że Citier City i ty nie zastąpią mi ciebie i Silii. Poprostu wtedy czułam się jakoś... Być może lepiej. Teraz jest poprostu niezręcznie.
Briggie westchnęła, kierując się w kierunku drzwi od ich wspólnego pokoju. Nie pomyślała o tym w ten sposób... W sumie to zrobiło jej się trochę głupio. — Teraz rozumiem. Nie masz czym się przejmować Dia, zobaczysz, że ten świat cię jeszcze zaskoczy. Jest przede wszystkim inny od tego, co widziałaś do tej pory i chociaż niczym się nie wyróżnia, to w pewnym sensie dobrze. Dzięki temu wiemy, że poza tym całym szaleństwem Chaosu jest coś więcej... Być może to nie jest ostatni wymiar. Bo skoro istnieją te dwa, to czemu nie setki?
Pięciooka pokręciła przecząco głową; nie wydawało jej się, że miało coś się zmienić w jej odczuciach względem tej całej sytuacji. Owszem, miała mieszane uczucia co do Świata Praw i Zasad — z jednej strony uważała go za wielką szansę na być może przyjemniejsze życie, z drugiej zaś wiedziała, że nigdy się tu nie wpasuje, a nawet więcej; nie będzie chciała stać się częścią tego tłumu. Bycie „normalną“ cokolwiek miało znaczyć, nie było jej zwyczajnie przeznaczone i już się z tym pogodziła. — Nie obchodzi mnie to. Nie wiem, czy coś mnie tu jeszcze zaintryguje i szczerze nie wiem, czy nie wrócę do Chaosu. Może nie do Silii, a do innej części naszego wymiaru. Póki co jestem tu nie z własnej woli, a z rozkazu rodziców. Uważają, że nie spełniam ich oczekiwań by móc dalej żyć w Chaosie, cały czas powtarzają, że to miejsce jest zbyt niebezpieczne... A sami wysłali mnie tu. — Dia wyciągnęła dłoń przed siebie, po czym zatoczyła nią łuk wskazując w kierunku okna oraz krajobrazu się za nim rozpościerającego. — Citier City. Miasta, którego nie zna tak naprawdę żadne z nas. Ty miałaś okazję je poznać, ale powiedz, jak wiele niby na temat tej rzeczywistości wiesz?
— Mało. — przyznała kotowata. — Ale wiem, że mogę liczyć na tutejszą pomoc medyczną. Dia, daj temu szansę; to dopiero twój pierwszy dzień. Rozumiem nerwy, ale powinnaś patrzeć na to bardziej obiektywnie. Zresztą przez chwilę sprawiałaś wrażenie... Zakochanej w tych realiach. Znaczy, zakochanej to może zbyt duże słowo, ale wiem, że wcale nie myślisz źle o Citier, racja? — nie czekając na odpowiedź Briggie otworzyła drzwi. — I póki co, ono nie myśli źle o tobie. A teraz chodźmy, mam ci wiele do pokazania. Pamiętaj o tym, by zamknąć drzwi. Po prostu przekręć klucz w tej dziurce pod klamką.
To mówiąc rogata opuściła pomieszczenie oraz zamyśloną czerwonooką. W końcu jednak przełamała się i jakby odganiając się od nieprzyjaznych myśli pognała w ślady kotki, która zdążyła przejść przez niewielki kawałek korytarza. Oczywiście najprzód zakluczyła wejście od pokoju w dokładnie taki sposób, jaki powiedziała jej to zielonooka. Belska nie śpieszyła się z dogonieniem drugiej szesnastolatki, a mimo to dość prędko zaczęły przemierzać go razem. — W porządku, wiem co miałaś na myśli. Spróbuję tutaj jakoś przeżyć. Może będzie fajniej niż się zapowiada... — Westchnęła. W końcu po krótkiej podróży trafiły przed wciąż otwarte wejście do pokoju opiekuna, który z zaciekawieniem czytał miejską gazetę, co jakiś czas popijając kawą. W swym zaczytaniu nawet nie dostrzegł dwóch stojących od dwóch minut dziewcząt.
— Wychodzimy. — zakomunikowała mu Briggie, po czym położyła na jego biurku klucz od pokoju numeru 13. Kiwnęła w kierunku towarzyszącej jej Dii głową, po czym przeszły tą samą drogą, którą dostała się tutaj z początku króliczyca. Kiedy to stanęły na zewnątrz, pięciooka odetchnęła z ulgą, wpatrując się w niebieskie niebo.
— Nic mnie tutaj już nie zaskoczy. Może to i lepiej, wiesz? — powiedziała, wyprzedzając nieznacznie Briggie. — Chcę poznać ten Świat. Chcę go poznać z tobą, Bri... Może pomożesz mi go zrozumieć.
— Może jednak polubisz Citier City, Di? — zielonooka niepewnie spytała koleżankę, która słysząc to pytanie nagle przystanęła; na odpowiedź na to było znacznie za wcześnie, w końcu nie minął nawet dzień od momentu w którym się tu znalazła. Młoda Kudniczka doskonale to wiedziała i nawet nie próbowała naciskać na bestyjkę, która przemilczała wypowiedziane przez rogatą słowa. Dopiero po chwili odezwała się, jednakże było to nie na temat, a Bri do niego nie wracała.
— Gdzie idziemy? Powinnaś prowadzić. To w końcu ty mnie oprowadzasz, a nie ja ciebie, racja?
— Chodźmy do parku. To nie daleko, a poza tym jest to chyba najlepsze miejsce w Citier City. — zaproponowała skrzydlata, na co Dia przystała; w końcu i tak nie znała innych możliwych propozycji. Po prostu podążała za przyjaciółką, która pewnym krokiem skierowała się najpierw nieco w prawo, a następnie przed siebie.

Tytuł następnego rozdziału:
"On spojrzał i już była jego"
Lecz on nie był jej.

_________________
KARTA POSTACI | SkRyTkA
Sesje: 1. JOHNNY — Mroczne Części Lasu
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content




PisanieTemat: Re: Głupi psychiczny stalker... Może za jakiś czas opowiadania    

Powrót do góry Go down
 
Głupi psychiczny stalker... Może za jakiś czas opowiadania
Powrót do góry 
Strona 1 z 1
 Similar topics
-
» jakiś fajny tytuł
» Gwendolyn de Villiers
» Henry Williams - Magia Bezróżdżkowa
» Kaj Dersen
» Igrzyska czas zacząć!

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Welcome to the Surface! :: Wysypisko :: Strefa luzu :: Wasza Twórczość-
Skocz do: